Strona poświęcona Ziemi Łukowskiej

O wojskach rakietowych w powstaniu listopadowym, czyli z koziołka w zaborcę

Wyrzutnia statyczna. Rys. J. Bem

W czerwcu 1831 roku w okolicach Adamowa, Kocka, Serokomli, Okrzei i Żelechowa operowała 3. Bateria Lekkokonna kpt. Józefa Jaszowskiego, ścigająca rosyjski korpus generała Rüdigera. Była to jedna z najbardziej niezwykłych jednostek powstania listopadowego, powstała bowiem na bazie półbaterii rakietników konnych – pierwszej w historii polskiej i unikatowej w skali europejskiej jednostki rakietowej, przeznaczonej do wspierania ogniem rakietowym działań kawalerii.

W chwili wybuchu powstania listopadowego wojsko polskie dysponowało dwoma kadrowymi oddziałami rakietniczymi – konnym i pieszym. To właśnie interwencja rakietników pieszych odmieniła losy bitwy pod Olszynką Grochowską, rozpędzając szarżę 28 wyborowych szwadronów rosyjskiej kawalerii i pozwalając armii polskiej ewakuować się za Wisłę.

Rakietnicy piesi w bitwie pod Olszynką Grochowską

Przybycie rakietników pod Olszynkę było zaskoczeniem nie tylko dla nieprzyjaciela, ale i dla samych Polaków, z których niewielu miało okazję zetknąć się dotychczas z tym ultranowoczesnym rodzajem broni. Istnienie w wojsku polskim tego typu oddziałów, a tym bardziej ich ćwiczenia, były bowiem objęte tajemnicą wojskową – do tego stopnia, że na czas przemarszów i manewrów lawety wyrzutni rakietowych okrywano maskującymi plandekami. Także sama służba w broni rakietowej obwarowana była daleko idącą dyskrecją. Żołnierzy zobowiązano do unikania rozmów z osobami postronnymi na tematy służbowe, zwłaszcza zaś z obcokrajowcami, którym groziło aresztowanie za przebywanie w pobliżu placu manewrowego rakietników. Na oficerów nałożono znacznie surowsze ograniczenia opuszczania koszar niż to było w przypadku innych broni. Ćwiczenia były pilnie strzeżone przed oczyma niepowołanych, toteż za każdym razem musiały być zgłaszane do dowództwa dzień wcześniej, aby żandarmi zdążyli obstawić poligon kordonem wart. Na plac manewrowy nie dopuszczano wtedy nikogo, „nawet jenerałów piechoty”, jak zapisał w pamiętniku dowódca rakietników konnych kpt. Józef Jaszowski.

Utrzymanie ścisłej tajemnicy zaprocentowało pod Grochowem. Jeszcze na kilka dni przed bitwą grochowską, 17 lutego 1831 r., gen. Józef Mroziński przestrzegał gen. Skrzyneckiego przed pochopnym ujawnianiem przeciwnikowi istnienia w wojsku polskim wyrzutni rakietowych: „w których używaniu JW Generał zechcesz zachować tę ostrożność, żeby ich nie używać… a to dlatego, ażeby… nie oswajać nieprzyjaciela z tą bronią, jeszcze dla jego żołnierzy dotąd nieznajomą”. Trzymani z dala od pola bitewnego rakietnicy rwali się do walki i gdy nasi wodzowie wreszcie sięgnęli po nich w chwili krytycznej, płk Ignacy Prądzyński tak opisał ich nastroje podczas owego debiutu: „rzucam się więc na konia i wkrótce przyprowadzam rakietników, którzy wszyscy lecą jak na festyn, jakby się lękali, ażeby się wojna bez nich nie skończyła”…

Skąd tak nowoczesna broń w wojsku polskim, podporządkowanym przecież armii carskiej, której nie powinno zależeć na podnoszeniu kwalifikacji polskiego wasala względem własnej armii? Tym bardziej, że Polacy nigdy nie należeli do najbardziej pokornych ani lojalnych poddanych cara? Istnienie Korpusu Rakietników było wyrazem pewnej autonomii, jaką cieszyło się Królestwo Polskie w czasach pokongresowych, a także ambicji wielkiego księcia Konstantego, który chciał z podległej sobie armii polskiej uczynić modelowy przykład nowoczesnej machiny wojennej. W tych okolicznościach na ironię zakrawa fakt, że polskie rakiety po raz pierwszy zostały użyte właśnie przeciw wojskom rosyjskim, których częścią dowodził w 1831 r. sam w. książę Konstanty.

Mieszanki paliwowe. Wystawa w Państwowym Muzeum Archeologicznym. Fot. M. Szczygielska

Rekonstrukcja pracowni J. Bema w Arsenale. Wystawa w Państwowym Muzeum Archeologicznym. Fot. M. Szczygielska

Na teatry wojenne Europy rakiety dotarły za pośrednictwem Anglików w 1805 r., gdy ostrzelano nimi francuskie miasto Boulogne. W 1813 r. użyto ich do spalenia Gdańska, bronionego wtedy m.in. przez por. Józefa Bema, wówczas młodego oficera artylerii konnej, który miał okazję po raz pierwszy zobaczyć z bliska niszczycielskie efekty ostrzału rakietowego. W Polsce regularne prace badawcze nad bronią rakietową trwały od 1818 r. pod nadzorem komendanta warszawskiego Arsenału gen. Piotra „Kowala” Bontempsa. Obok niego za patronów polskich rakietników uważa się również trzech Józefów: kpt. Józefa Bema – projektanta rakiet i autora badań nad paliwem odrzutowym; kpt. Józefa Kosińskiego – konstruktora wyrzutni rakietowych, w tym nowatorskiej wyrzutni kołowej; oraz kpt. Józefa Jaszowskiego – twórcy regulaminu musztry i wyćwiczenia rakietników konnych.

 

Pomimo różnych wypadków – jak wybuch kotła z mieszanką paliwową, co oślepiło Bema na pewien czas – już w maju 1819 r. Bem sporządził dla wielkiego księcia raport końcowy pt. „Uwagi o rakietach zapalających”, zamieszczając w nim projekty wyrzutni i rakiet, opracowane przez swój zespół; zaś zimą 1822/1823 r. ruszyła budowa pełnego taboru rakietniczego. Składały się nań lawety kołowe (łoża), wozy rakietnicze do przewozu rac (jaszczyki), wyrzutnie ćwiczebne na statywach i składane wyrzutnie przenośne, kuźnia polowa, kasa wojskowa, wozy furażowe itp. Wszystkie elementy wyposażenia malowano na zielono, barwą przypisaną artylerii. Cały park gotowy był już wiosną 1823 r.

Laweta i jaszcz po odprzodkowaniu. Laweta kołowa. Rys. J. Bem

Pociąg z jaszczykiem. Laweta kołowa. Rys. J. Bem

 

Warto zaznaczyć, że o ile pomysł wyrzutni na statywach został zapożyczony od armii zachodnich, o tyle wyrzutnia kołowa była wynalazkiem czysto polskim. Została ona zaprojektowanym przez kpt. Kosińskiego specjalnie na potrzeby ruchliwego polskiego taboru. „Była to rama z lanego żelaza na czterech kołach osadzona, z której trzy race kongrewskie naraz puszczać można było, opisuje tę konstrukcję Jaszowski. Można przyjąć, że wyrzutnia kołowa Kosińskiego była jednym z pierwszych prototypów późniejszych „katiusz” – wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych na podwoziach samochodowych. W przypadku wyrzutni polskiej, za podwozie służyła zwykła laweta artylerii lekkokonnej. Chociaż już Anglicy umieszczali swoje wyrzutnie na wozach, dopiero Kosiński wpadł na pomysł, by jako lawety użyć zwykłego łoża działowego, znajomego artylerzystom i wygodnego do manewrowania na polu bitewnym.

Laweta rakietnicza składała się z 2-kołowego łoża z wyrzutnią, zaopatrzoną w trzy prowadnice do rakiet, oraz 2-kołowego przodka ze skrzynką amunicyjną, które rozłączano na czas bitwy („odprzodkowanie”). Prowadnica wyrzutni miała nastawienie śrubowe, pozwalające odchylić ją pod kilkoma różnymi kątami względem podłoża, dzięki czemu można było wyrzucać race stromo- lub płaskotorowo. Oprócz wyrzutni, na lawecie kołowej przewożono też rakiety, składane wyrzutnie ręczne i ogony do rakiet. Takie wyposażenie zapewniało każdej wyrzutni samowystarczalność na polu bitwy i zwiększało ogólną mobilność oddziału.

 

Rozkaz formowania Korpusu wydano 30 sierpnia 1822 r., a już trzy tygodnie później (21 września) czekały na rekrutów stanowiska w koszarach w Modlinie. I Korpus Rakietników składał się wówczas z 1. Półbaterii Rakietników Konnych kpt. Józefa Jaszowskiego oraz 1. Półkompanii Rakietników Pieszych kpt. Karola Skalskiego. Starszeństwo w Korpusie mieli rakietnicy konni, zgodnie z polską tradycją starszeństwa kawalerii nad piechotą.

Elitarność konnych rakietników zaznaczano od samego początku, kierując do nich najlepszych żołnierzy, wybranych ze wszystkich pułków jazdy i mających za sobą przynajmniej 3-letnie przeszkolenie wojskowe. Przyznawano im na wstępie stopień bombardiera (odpowiednik st. szer. w piechocie), a ich pozycję podkreślało dodatkowo wyższe wynagrodzenie: rakietnicy dostawali średnio o 5-6 gr dziennie więcej niż żołnierze innych broni. Dochodziły do tego liczne nagrody pieniężne i rzeczowe, hojnie szafowane przez w. księcia Konstantego i przyznawane rakietnikom nawet po niezbyt udanych występach. Tak było podczas gier wojennych w Brześciu w 1823 r., gdy rakietnicy porazili rakietami własne wojska oraz część gości (w tym cara Mikołaja); mimo to każdemu z nich, łącznie z trębaczami, przyznano srebrnego rubla nagrody oraz po sztuce mięsa i kieliszku wódki na koszt carewicza.

Wszystkie te zachęty, jak można się spodziewać, spowodowały znaczny napływ ochotników do tej formacji. Dowództwo mogło sobie zatem pozwolić na wybredność i odsyłać z powrotem do macierzystych jednostek tych, którzy okazali się z różnych względów „niezdatni” do służby rakietniczej. Pośród kryteriów nie ostatnie miejsce zajmowała prezencja rekruta; arbitrażu dokonywał sam w. książę Konstanty, kierując do oddziału wyłącznie młodzieńców „kształtnych i bardzo przystojnych” (wg relacji Jaszowskiego). Wśród kadry podoficerskiej nie brakowało ludzi „dobrze urodzonych”, było nawet kilku hrabiów.

Wysokie standardy dotyczyły również koni, które przede wszystkim miały być „zdrowe, okazałe i bez narowów”, najchętniej rasy polskiej. Początkowo pozyskiwano je spośród wybrakowanych koni kawaleryjskich, nie zwracając uwagi na maść, toteż w korpusie rakietników zdarzały się kare, gniade, siwe i kasztany. Jednak już trzy lata później ujednolicono maści, pozostawiając na etatach tylko konie gniade.

Szarża artyleryjska. Fot. M. Szczygielska

 

Miejscem formowania Korpusu była twierdza Modlin, stanowisko „pod wielu względami… niemiłe” (jak oceniał je Jaszowski), ponieważ brakowało tam miejsca na ujeżdżalnię dla rakietników konnych, były też problemy z oświetleniem w stajniach itp. Dlatego już rok później przeniesiono rakietników do Warki, natomiast sztab Korpusu, w osobie gen. Bontempsa, jego adiutanta i kilku oficerów administracyjno-gospodarczych, pozostawiono w Warszawie. Była to wygodna lokalizacja dla sztabu również ze względu na liczne inne obowiązki Bontempsa w stolicy.

Twierdza Modlin-dawna brama Północy z 1811-r. z orłem Księstwa Warszawskiego. Fot. M. Szczygielska

 

Choć gen. Prądzyński w swoich pamiętnikach zaliczył rakietników do wojsk gwardyjskich, faktycznie należeli oni do artylerii liniowej, o czym świadczy fakt, że nie nosili na rękawach charakterystycznych „pętlic gwardyjskich”. Mundur rakietników właściwie nie różnił się od stosowanego w tradycyjnej artylerii (ciemnozielony z elementami czarnymi i pąsowymi), przy czym jako wyróżnik umieszczono na naramiennikach literę R – czerwoną rakietników konnych i żółtą u pieszych. Rakietnicy konni nosili takie same kaszkiety jak strzelcy konni i artyleria konna, z podłużnym (od 1827 r. kulistym) pąsowym pomponem i podpinką z żółtych łusek. Spodnie mundurowe, zielone z pąsowym lampasem, były do kolan podbite skórą jak u kawalerii. Guziki w kolorze żółtym miały wytłoczone skrzyżowane lufy armatnie, a nad nimi płonący granat, jak w artylerii, lecz na odwrocie widniał napis PUŁ. BAT. RAKIETNIKÓW KONNYCH. Czapraków używano czarnych, barankowych, z pąsowym lampasem.

Ćwiczenia w wareckiej ujeżdżalni odbywały się codziennie, a szkoleniu podlegali zarówno żołnierze, jak i konie. Aby oswoić je z rozmaitością ognia, raz do roku przeprowadzano manewry z użyciem tradycyjnych armat. Latem obydwa oddziały udawały się na poligon pod tzw. Szwedzkie Górki w pobliżu Powązek, gdzie w latach dwudziestych XIX w. znajdował się letni obóz artylerii. Oddział konny ćwiczył się dodatkowo we współdziałaniu z kawalerią i artylerią konną na błoniach pod Łęczycą, a od rakietników konnych, tak samo jak od kawalerzystów, wymagano doskonałego opanowania sztuki jeździeckiej. Ich podstawowym zadaniem było dynamiczne operowanie na polu bitwy i wspieranie ogniem rakietniczym oddziałów konnych.

Artyleria – Inscenizacja bitwy pod Iganiami. Fot. M. Szczygielska

 

Towarzysząc kawalerii, rakietnicy musieli nadążać ze swoimi wyrzutniami za zmieniającą się szybko sytuacją taktyczną; przydatna była tu ruchliwość taborów rakietniczych i łatwość w rozstawianiu wyrzutni, znacznie większa, niż to było w przypadku zwykłej artylerii konnej. Listę rozmaitych ustawień i sytuacji manewrowych dla rakietników konnych opracował kpt. Jaszewski już w roku 1823 i przedstawił w broszurce „Musztra rakietników konnych”. Organizacja rakietników pozwalała na dokonywanie szarż artyleryjskich, tzn. przemieszczania się baterii po polu bitewnym z zachowaniem ciągłości ognia: gdy jedne wyrzutnie odjeżdżały na nową pozycję, inne osłaniały je ogniem, by później zamienić się rolami. Nie mamy co prawda opisów takich szarż rakietniczych, ale wiemy, że podczas pokazów w Brześciu rakietnicy osłaniali cały swój Korpus B podczas jego odwrotu, zapewne stosując ten właśnie manewr.

Podstawowym ćwiczeniem rakietników, obok manewrów taborem i obrotów wyrzutni, było rzucanie rakiet do celu. Puszczano je stromotorowo, gdy trzeba było trafić w cel ukryty (np. zasłonięty fortyfikacjami lub szeregami wojska) i płaskotorowo, gdy chodziło o cele widoczne (np. umocnienia lub nacierające wojsko). Na poligonie powązkowskim rzucano race do murowanej tarczy, testując zarówno celność, jak i donośność. Trafianie rakietami w cel nie było łatwe, bo w kontakcie z wiatrem zachowywały się one odwrotnie niż zwykłe pociski działowe: o ile podmuchy „spychały” kule w kierunku zgodnym ze swym ruchem, o tyle rakiety znoszone były pod wiatr, co początkowo musiało mylić kanonierów, przyzwyczajonych do zwykłych pocisków. (To spostrzeżenie Jaszowskiego potwierdziły próby z repliką wyrzutni, zbudowaną przez Stowarzyszenie Artylerii Dawnej Arsenał).

Rodzaje rakiet i ich głowic. Rys. J. Bem

 

Będąc projektem unikatowym i budzącym ciekawość, oddział często bywał wizytowany podczas ćwiczeń przez różnych inspektorów z w. księciem na czele („bo tę broń, jako nową i w świecie rzadką, szczególnie polubił”). Te nieustanne inspekcje były udręką dla żołnierzy i dowódców, ponieważ nieraz zdarzało się, żegdy jeden wyjechał, drugi tego samego dnia przybył, i żołnierzowi zabrakło czasu do oczyszczenia się na nowe wystąpienie”, na co utyskiwał Jaszowski.

Rakiety z ogonami z sosnowych listew. Rys. J. Bem

 

Chrzest bojowy formacji i zarazem jej upadek nastąpił już dziewięć lat po sformowaniu. O wybuchu powstania rakietnicy z Warki dowiedzieli się od lokalnych kupców żydowskich, którzy 29 listopada 1830 r. powieźli zboże do Warszawy i zostali zawróceni na rogatkach miejskich. Kilka dni później rozkaz gen. Chłopickiego ściągnął rakietników do Warszawy. Marsz z Warki bezdrożami i lasami – ponieważ dyktator powstania nakazał im unikać kontaktu z wojskami rosyjskimi – ukazał trudności transportowe ciężkich jaszczów rakietniczych w warunkach wojennych i skłonił Jaszowskiego do wystosowania ultimatum, że albo zostaną mu przydzielone dodatkowe konie pociągowe, albo należy przekwalifikować półbaterię w zwykłą artylerię konną, co też się stało w lutym 1831 r. Wtedy oddział Jaszowskiego przeformowano na baterię artylerii lekkokonnej (nr 3.), przydzielając mu osiem dział tureckich, a także dodając ludzi i konie dla uzupełnienia stanu do pełnej baterii. Wyrzutnie byłych rakietników konnych przekazano rakietnikom pieszym, zwiększając stan oddziału Skalskiego do pełnej kompanii. Wdrożona przez polski sztab procedura reorganizacyjna szybko podwajała liczebność oddziałów, co w przypadku rakietników było o tyle łatwe, że od początku stanowili oni oddział kadrowy, przeznaczony do dalszej rozbudowy (czemu przeszkadzał tylko brak funduszy).

Jako 3. Bateria Lekkokonna oddział Jaszowskiego wziął udział w bitwie pod Grochowem, a następnie ścigał korpus generała Rüdigera na terenie ziemi łukowskiej. W ramach ugrupowania gen. Antoniego Jankowskiego stoczył przegraną bitwę z Rosjanami pod Łysobykami 18 czerwca 1831 r. Po naradzie wojennej w Woli Gułowskiej korpus Jankowskiego zdecydował się na odwrót przez Okrzeję do Warszawy, gdzie gen. Jankowski został zlinczowany przez wzburzoną ludność i powieszony na latarni.

Latem 1831 r. powrócono do idei rakietników konnych. Stało się tak za sprawą płk. Bema, którego brawurowe szarże, dokonywane pod Iganiami i Ostrołęką za pomocą 4. Baterii Artylerii Konnej, przywróciły rację bytu także rakietnikom konnym, zwłaszcza w kontekście planowanych operacji zaczepnych na zachodnim przedpolu Warszawy. Rozkazem z dnia 25 sierpnia 1831 r. odtworzono więc samodzielny pluton rakietników konnych, który wziął następnie udział w walkach o Warszawę. Komendę nad nim objął porucznik Aleksander Szopowicz, dawny podoficer oddziału Jaszowskiego. Rakietnikom konnym przywrócono część dawnego wyposażenia, w tym 6 wyrzutni kołowych, odebranych rakietnikom pieszym, oraz sporo wyrzutni ręcznych.

Józef Bem (obraz W. Gościmskiego)

 

Już 1 września, a więc niecały tydzień po sformowaniu, pluton rakietników konnych przeprowadził atak na pozycje rosyjskie, o czym donosił „Kurier Warszawski” z 2 września 1831 r.: „nocy wczorajszej nasi rakietnicy nabawili trwogą znaczną część nieprzyjaciół oblegających Warszawę”. Prawdziwe zmagania zaczęły się jednak dopiero 6 września o 5 rano, kiedy z polskich stanowisk redutowych na Woli wystrzelono race, zawiadamiające o przegrupowaniach w armii gen. Iwana Paskiewicza. Przez następne dwie godziny trwał ostrzał 92 armat rosyjskich na pozycje polskie na Woli, skierowany przeciw naszym 25 armatom, wspartym kilkoma wyrzutniami rakietowymi.

Z kolei dawna kompania rakietników pieszych kpt. Skalskiego, a obecnie por. Gałeckiego, została rozformowana z początkiem sierpnia 1831 r.; jej pojedyncze działony rozproszono na całej zewnętrznej linii umocnień, przydając je jako wsparcie dla artylerii wałowej na różnych redutach (wówczas nie wiedziano jeszcze, z którego dokładnie kierunku nastąpi rosyjski atak). Natomiast pluton konny w ciągu wrześniowych walk zawsze występował jako jednostka zwarta. Został on włączony do artylerii rezerwowej Bema, operującej na przedpolu linii umocnień i przeznaczonej do szybkiego reagowania jako skoncentrowana siła uderzeniowa. W przededniu bitwy warszawskiej rakietnicy dysponowali ogółem ponad tysiącem rakiet (umiejętność wyrobu rakiet musiał posiadać każdy z rakietników, a z braku zapasów saletry pozyskiwano ją z ługowania nawozu, popiołu, piwnicznej ziemi i oskrobanych miejskich tynków, bogatych w azotany).

Armata. Fot. M. Szczygielska

 

W początkowej fazie bitwy, o świcie 6 września, z powodu nieobecności Bema jego formację uderzeniową rozdrapano do pomocy różnym odcinkom frontu, pozostawiając w miejscu tylko jego własną 4. baterię konną. Pluton rakietników konnych o godz. 7 rano pośpieszył na prawe skrzydło, wspomóc gen. Dembińskiego, broniącego Woli przed natarciem korpusu gen. Pahlena, jednak niedługo potem rakietnicy wrócili pod rozkazy Bema. Wyrzutnie Szopowicza obrzuciły racami piechotę z trzech pułków gen. Lüdersa: „skoro piechota moskiewska wysunie się naprzód, to ją wnet rozpędzają kule i granaty, i przecinają rakiety nasze, co jak smoki ogniste skaczą po błoni, niosąc śmierć i postrach”, napisze we wspomnieniach Aleksander Jełowiecki.

Pluton rakietników wraz z 3. Baterią Artylerii Lekkiej ppłk. Stanisława Bagieńskiego operował w pobliżu reduty 59., zwalczając jazdę gen. Chiłkowa i umożliwiając obsadzenie redut wolskich przez 10. pułk piechoty liniowej. „Barkan 59. trzymał szwadrony moskiewskie opodal w respekcie, ogniem wałowym racowym, a w ostateczności i ręcznym”, napisze po latach Ludwik Mierosławski. Kiedy Wola ostatecznie padła o godz. 14, a obrońcy szańca 59. zostali zmuszeni zagwoździć działa i wycofać się na drugą linię umocnień, ich bezpieczny odwrót osłaniali rakietnicy konni. Popołudniowe szturmy Rosjan na drugą linię umocnień załamywały się w ukośnym ogniu artylerii Bema, a wśród niej także rakietników, którzy tego dnia wystrzelali wszystkie swoje rakiety dalszego zasięgu (4-calowe).

Mundury artyleryjskie na wystawie w Arsenale. Fot. M. Szczygielska

 

Nocą oddziały Szopowicza i Bagieńskiego wycofały się na Skalszczyznę, gdzie zajęły wyznaczoną im pozycję w przestrzeni między szańcami 23. i 24., jako element „ruchomej kurtyny” Bema – silnego zgrupowania artyleryjskiego, uformowanego w ukośne półkole. Takie oryginalne ustawienie sprawiło, że podczas dwugodzinnego przygotowania artyleryjskiego, jakie rozpoczęło się następnego dnia o godzinie 13, słabsza liczebnie artyleria polska niemal zdziesiątkowała artylerię rosyjską, niektóre jej baterie redukując do stanu zerowego. Rakietnicy konni ze swoimi 10 wyrzutniami – 6-ma własnymi i 4-ma rakietników pieszych, operujących pobliżu – wzięli w tym pojedynku artyleryjskim ograniczony udział, gdyż zasięg wymiany ognia przekraczał możliwości rakiet 2,5-calowych. Toteż obrzucali racami głównie piechotę Kreutza, stojącą przed artylerią.

O godzinie 17 ruszyło spóźnione natarcie piechoty rosyjskiej na szańce. „Już blisko naszych redut 21. i 22. było kilka batalionów moskiewskich, gdy ukośny ogień kartaczowy z 23. … i puszczane race kongrewskie z dwóch kozłów do mas piechoty zbliżającej się tak ją rozbiły, że nieprzyjaciel powtórnie ustąpić musiał”, napisał po bitwie Mierosławski. Po utracie szańców 21., 22. i 23., oddziały Szopowicza i Bagieńskiego wycofały się na redutę 24., najwyraźniej z zamiarem „utrzymania jej choćby zębami” (według sławnego wyrażenia gen. Chłopickiego z czasów bitwy grochowskiej), ponieważ osamotnione reduty 24. i 27. do ostatka powstrzymywały natarcia piechoty Pahlena (II), grenadierów księcia Szachowskiego i kawalerii księcia Chiłkowa na rogatki powązkowskie, nawet wówczas, kiedy padły już wszystkie pozostałe posterunki.

Kaszkiet artyleryjski. Fot. M. Szczygielska


O godz. 22 w sztabie powstańczym zapadła decyzja o opuszczeniu Warszawy i część wojsk polskich już zaczęła przeprawiać się na Pragę; tymczasem na reducie 24. wciąż „kilka ostatnich dział i kozły rakietowe trzymały jazdę Chiłkowa w należytym respekcie”… Można powiedzieć, że rakietnicy konni opuszczali Warszawę jako ostatni, według szyku jak na paradzie w Brześciu – zachowując na dodatek wszystkie swoje wyrzutnie, a nawet dozbroiwszy się dwoma armatami. Rakiety, których nie zdążono użyć, zostały wyniesione z redut rękami rekonwalescentów nocą z 7 na 8 września, a część wywieziono za Wisłę zaprzęgami Dyrekcji Inżynierów wraz z wycofującym się wojskiem. Za tę bohaterską postawę pluton rakietników konnych otrzymał po bitwie od naczelnego wodza, gen. Macieja Rybińskiego, dwa krzyże Virtuti Militari: złoty i srebrny.

Upadek powstania stał się faktem. Aby ratować armię, po naradach postanowiono wycofać ją do Modlina, a następnie spróbować przebić się do Prus. Na granicy czekało już na Polaków wojsko pruskie, ustawione w szyku bojowym na przyjęcie internowanych. Nastąpiła wymowna chwila żegnania się z bronią – kawaleria składała lance i szable przed końmi, piechota ustawiała karabiny w kozły i tylko oficerom pozwolono zachować szable. Artylerzystów rozkaz rozbrojenia nie dotyczył, gdyż ich armaty, zagwożdżone, pozostały na redutach Warszawy. A co stało się z wyrzutniami?

O ile nie oddano ich Rosjanom lub Prusakom – a nie pozwalały na to wymogi tajemnicy wojskowej, obowiązujące rakietników – zapewne przestały one istnieć gdzieś pomiędzy Modlinem a Brodnicą. Wiadomo, że wszystkie wyrzutnie wyprowadzono z Warszawy nocą z 7 na 8 września 1831 r., stosując się do regulaminu z 1823 r., który głosił, że „u rakietników… powinnością jest tej broni wszystkie sztuki z złego zdarzenia uprowadzić”. Można się domyślać, że kiedy przed pruską granicą artylerzyści palili swoje pociski i ładunki, rakietnicy także zniszczyli swoje wyrzutnie i rakiety, zgodnie z procedurami wiążącej ich tajemnicy wojskowej. Jeśli tak, pożegnali oni Ojczyznę hucznym fajerwerkiem.

Tekst i fotografie: Małgorzata Szczygielska

Bibliografia:

Józef Bem, Uwagi o rakietach zapalających, 1819
Ludwik Mierosławski, Bitwa Warszawska w dniu 6 i 7 września 1831.
Jaszowski Józef, Pamiętnik dowódcy rakietników konnych, 1860.
Tomasz Katafiasz, Organizacja i uzbrojenie rakietników… w: „Studia i Materiały do Historii Wojskowości”, t. 24, 1981.
Tomasz Katafiasz, Zastosowanie broni rakietowej w polskich powstaniach narodowych, w: „Studia i Materiały do Historii Wojskowości”, t. 26, 1983.
Zdzisław Żygulski jr., Henryk Wielecki, Polski mundur wojskowy
Jerzy Danielewicz, Bitwa pod Łysobykami w r. 1831, w: „Z przeszłości Ziemi Łukowskiej”, Lublin 1959.
Maciej Mechliński, Rekonstrukcja wyrzutni 2,5 calowych rakiet z 1819 r., w: „Z otchłani wieków”, nr 1-2 2006.
Przemysław Boguszewski, Militarna przeszłość okolic Arsenału, w: „Z otchłani wieków”, nr 1-2 2006.
Wystawa o historii rakietników Królestwa Polskiego w Państwowym Muzeum Archeologicznym w Warszawie (dawny Arsenał) w 2017 r.

One Response to O wojskach rakietowych w powstaniu listopadowym, czyli z koziołka w zaborcę

Pozostaw odpowiedź user Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.