Powstanie styczniowe – bitwa pod Zastawiem

mapka1
S.Góra „partyzantka na Podlasiu 1863-1864” Wyd. MON 1976

 

W grudniu 1863 Zastawie było świadkiem krwawej bitwy Powstania Styczniowego
Oddział Szydłowskiego został tu osaczony przez oddział Brinkena. Mimo bohaterskiej obrony powstańcze wojsko zostało rozbite pozostawiając kilkuset zabitych i rannych.

Stanisław Zieliński
„Bitwy i potyczki 1863-1864”
Rapperswill 1913

„(…)” Zebrawszy rozbity w okolicy Żelechowa oddział, zatrzymał się Szydłowski w Zastawiu. Tutaj doścignął go v.Brinken, wysłany znowu przeciw Szydłowskiemu z Siedlec do Stoczka. Powstańcy, którzy zabarykadowali się w zabudowaniach dworskich, wyparci z nich ruszyli ku Kopinie, lecz i tam porażeni cofnęli się do lasu ku Osinom. W lesie tym Brinken wysłał secinę kozaków dla okrążenia powstańców i przecięcia im odwrotu. Zjawienie się na tyłach kozaków i nagły ich atak zmusiły Jankowskiego do zmiany kierunku na południowo-wschodni ku Kożuchówce. Przy wyjściu z Korzuchówki na otwarte pole, zwrócił się Jankowski na północ ku Jarczówkowi, lecz napotkawszy rezerwę moskiewską, oskrzydlony z 3 stron, musiał przyjąć walkę. Bój zażarty trwał 7 godzin. Piechota powstańcza już była bliską poddania się, lecz otoczona przez jazdę powstańczą z oficerami na czele, musiała wyrzec się ochoty uciekinierstwa i walczyć. Mimo dzielnej obrony oddział został rozbity, mając zabitych kilkuset (!) a moskale – 2 (!) według raportu Brinkena”

index zastawie

Antoni Migdalski
„Wspomnienia rotmistrza kawalerii narodowej z 1863/1864”
w „Powstanie Styczniowe na Lubelszczyźnie. Pamiętniki pod red T.Mencla”
Wyd Lubelskie 1966

„(…) Tak dotarliśmy do nieszczęśliwego Zastawia, własność Czajkowskiego, między Stoczkiem i Łukowem.
Ranek (2.XII.1863) był prześliczny z małym przymrozkiem. Konie rozkulbaczone żywiły się w stajni a dla żołnierzy gotowali w kotłach posiłek, gdy wtem od strony, z której przyszliśmy dał się słyszeć strzał. Pikieta wpadła do obozu a za nią wysunęli się z lasu kozacy i galopem podbiegli na dwa strzały pod obóz. Powstało zamieszanie wielkie. Na nieszczęście kapitan wojsk rosyjskich, który niedawno do nas przystał i nie miał żądnej komendy uciekając z furgonami, oby osłabić ducha, krzyknął, że wszystko stracone, po czym złapany po bitwie po udowodnieniu mu faktów zdrady został powieszony.
Żołnierzom wydano wódkę, chleb i słoninę, mnie zaś wraz z plutonem kawalerii, jako dyżurnego oficera, wysłano na spotkanie celem wstrzymania kozaków coraz bliżej się podsuwających, aby piechota miała się czas sformować.
Mój koń ulubiony zawsze rześki i ochoczy, jakby przeczuwając jakieś nieszczęście, stawał dęba, rzucał się, dopiero pałasz i ostrogi uspokoiły go. Żołnierze przepowiadali mi, że spotka mnie jakiś wypadek. Po wyparciu kozaków pod las, ukazała się rosyjska piechota, lecz oddział nasz był już w porządku i ruszył naprzód marszem przyśpieszonym. Cała kawaleria w liczbie 60 koni zamykała pochód ostrzeliwując się z kozakami i dragonami.
Las, ta naturalna i jedyna nasza ochrona, był dość daleko, gdy tymczasem piechota rosyjska już deptała nam po piętach. Piechota nasza rozwinęła się w tyralierę a kawaleria zajęła boki. Na czystym polu zmuszeni byliśmy przyjąć bitwę z przeważającymi siłami, ustępując powoli. Ogień tak z naszej strony, jak i nieprzyjacielskiej był morderczy. Armaty biły kartaczami w nas okrutnie, oddział pomimo to, że był dziesiątkowany, ustępował w wielkim porządku, tak, że Moskale nie odważyli się rzucić na nas z bagnetami. Prawie trzecia część oddziału ubyła z szeregu, poległa lub rozproszyła się, reszta trzymała się dzielnie, zachęcana przez kapitana Al. Jeżewskiego, który w tej walce został ranny.
Zbliżaliśmy się do lasu, co widząc Rosjanie, aby nie dopuścić do tego, rzucili na nas szwadron dragonów i sotnię kozaków, chcąc odciąć nam odwrót. Wówczas Szydłowski stanął na czele kawalerii i z rozpaczą rzucił się na nich odganiając od lasu. Powtarzało się to kilka razy i wtedy dowiedli nasi ułani, że zdolni są do bohaterskich poświęceń. Przy trzeciej szarży zabili pode mną konia. Uciekałem pod opiekę piechoty, co spostrzegłszy Szydłowski, kazał złapać pierwszego lepszego konia, biegającego po polu po zabitych lub rannych towarzyszach, których ubyło z szeregu z 10 co też uczyniłem.
Doszliśmy do lasu zaledwie w 100 ludzi piechoty i ze 40 koni ( reszta rzuciła się w bok), ale już tak zmęczeni, że piechota ani kroku postąpić nie miała siły, tymczasem dragoni i kozacy, korzystając z rozdwojenia wpakowali się za nami do lasu i strzelali do nas jak do zajęcy. Szydłowski zachęcał piechotę, aby się odstrzeliwała, co też przy pomocy kawalerii uskuteczniała. Po salwie, gdy Rosjanie zatrzymywali się, piechota nasza chwytała się za ogony końskie i strzemiona i tak wlekliśmy ją a nierzadko po dwóch siedziało na koniu.
W takich zapasach w lesie wpadli dragoni na naszego dowódcę, który zawdzięcza swoje życie klaczy, bo kiedy strzelono do niego na odległość kilku kroków, klacz podniosła łeb do górny i trafiona w samo nozdrze padła. Strzelcy i kawaleria ratując dowódcę, dali ognia i wtedy dragoni cofnęli się. Przez ten czas Szydłowski przysiadł się z tyłu do drugiego kawalerzysty i uszedł cało.
Nocy zawdzięczamy, że nie wybili i nie wyłapali nas Moskale wszystkich. Z całego oddziału zostało ze 40 koni. Padło zabitych lub rannych ze 200 ludzi a reszta rozpierzchła się po lesie szukając ratunku, a ci, co zostali z nami do końca, na rozkaz dowódcy rozeszli się po złożeniu broni, oczekując nowego wezwania.
Wielkie pochwały oddali Rosjanie w swoich pismach naszej piechocie, a przede wszystkim kawalerii, bo tylko bohaterską szarżą uratowaliśmy dzielną piechotę i nie pozwoliliśmy zabrać jej do niewoli. Bitwa pod Zastawiem miała miejsce 11.XI od godz. 9 lub 10 z rana do nocy. Moskali padło, jak nam mówiono, kilku oficerów i przeszło 100 żołnierzy nie licząc rannych. Kiedyśmy się w kilkudziesięciu znaleźli w nocy w jakimś folwarku, aby pożywić siebie i upadające ze zmęczenia konie, płakaliśmy jak dzieci. Każdy sobie przypominał przyjaciela lub towarzysza, który poległ lub jęczał ciężko ranny na pobojowisku, prosząc, aby go dobito, bo wiedział, że będzie mścił się nad nim nieprzyjaciel.
Ulubieńcem całej kawalerii, a moim serdecznym przyjacielem był młodzieniec czternastoletni, Kostuś Chodkiewicz. Nie chciano go przyjąć do oddziału z powodu młodego wieku lecz tak błagał dowódcę, że ostatecznie przystał i oddał go pod moją opiekę. Postarano się o konia odpowiedniego dla niego, dano mu szablę i rewolwer. W szarżach pod Zastawiem upominał go dowódca, żeby pilnował się piechoty lecz koniecznie chciał być blisko mnie i kiedy zabito pode mną konia, straciłem go z oczu. Nieco później w lesie słyszałem jego głos i spostrzeglem, że ma rękę przestrezloną i ledwie idzie, a krew ciecze mu rękawem. Porwaliśmy go z porucznikiem K. Zembrzuckim pomiędzy siebie, chcąc wsadzić na mojego konia, lecz nie mogliśmy dać rady. Prosiliśmy ustępujących strzelców aby nam pomogli ale co który się przysunął aby go podsadzić, to nawet od ziemi nie mógł go podnieść, tak byli ludzie pomęczeni. Wtem wpadli kozacy na nas, gdyż sami pozostaliśmy, więc bierzemy go za ręce pomiędzy swoje konie i kłusem uciekjąc ciągniemy, gdzie las był rzadszy. Nagle konie nasze nie mogły wyminąć drzewa, okroczyły go, więc zmuszeni byloiśmy go puścić aby się nie zabił o drzewo, polecając opiece boskiej. Upadł a ostatnie słowa jego jakie usłyszałem były „bądź zdrów”. Kozacy dopadli go i zabrali za sobą. Dowiedziałem się, iż tej samej nocy umarł z ran w jakiejść wsi, gdzie go przyprowadzono wraz z innymi rannymi.
Po tej bitwie piechota w naszym oddziale przestała istnieć a kawalerii po pewnym czasie zebrało się do 80 koni, przeważnie skompletowanej z pozostałej piechoty(…)”

S.Góra
„partyzantka na Podlasiu 1863-1864”
Wyd. MON 1976

„(…) Tymczasem Jankowski chcąc za wszelką cenę ujść przeciwnikowi wsadził piechotę na furmanki i podążył przez Parysów, Rudno, Siennicę, Kuflew, Topór, Kamieniec, Wolę Wohynską do Zastawia. Tam dopiero zatrzymał się we dworze na odpoczynek. Około godziny dziewiątej został zaatakowany przez kozaków, odpartych jednak przez jazdę pod dowództwem por. Migdalskiego. Oddział w pośpiechu zwinął obóz i wyruszył w kierunku Kopiny. W czasie marszu został jeszcze raz doścignięty i zaatakowany przez kozaków i dragonów. (…)
(…) Była to chyba najcięższa i najkrwawsza bitwa, jaką stoczył ppłk Jankowski-Szydłowski od początku powstania. Powstańcy prowadzili ją na przestrzeni prawie 15 km, przeważnie w otwartym polu, co ułatwiało rozwinięcie się piechocie carskiej i kozakom. Dopiero zapadający zmrok rozdzielił na walczących. Straty powstańców wynosiły około 200 poległych i rannych, a ponad 100 rozproszyło się po okolicy.
Wójt Stanina donosił, że z pól pod wsią Kopina i Kujawami zebrano dziewięciu poległych i dwóch rannych powstańców. Wójt zaś gminy Gąska – o 29 poległych i 9 rannych powstańcach pod wsią Wróbliną. Wreszcie wójt Tuchowicza o poległych tam 20 powstańcach. Wojska carskie miały około 100 zabitych i rannych.(…)”

podlasie5 podlasie6

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.