Strona poświęcona Ziemi Łukowskiej

Zastawskie gawędy

Zamieszczone tu gawędy z Zastawia zostały spisane przez Bronisława Szewczaka i wydrukowane w Poradniku

Dwanaście narzeczonych

W sąsiedniej wsi, Miłość Wielka, był super operatywny kawaler. Był to naprawdę przystojny chłopak no i o niespotykanej urodzie, a przy tym jedynak. Gospodarstwo było bardzo dobre, to też i panny za nim kipiały, i tu znalazło potwierdzenie stare, polskie przysłowie: „taki sposób jest na świecie, że gdzie dwoje, tam i trzecie” . Nareszcie nasz kolega zostaje atakowany, żeby się żenił, no bo inaczej sprawa idzie do sądu, i poszły w ruch biura pisania podań do sądu. Ale nasz amant o żoneczce ani myśli, no bo sam nie wie z którą by tu ślubować. Wszystkie ładne, wszystkie dobre, aż tu prezes sądu przegląda skargi: jest trzy przeciw temu samemu człowiekowi i oto samo, czyli o alimenty. „Oj, coś mi tu podpada – rzekł sędzia – może zaczekajmy miesiąc czy jeszcze jedna skarga nie wpłynie i co się okazuje za miesiąc: jest już sześć spraw. „Oj, coś mi tu nie tak – rzekł pan sędzia – odłóżmy jeszcze, ale tym razem na trzy miesiące. Po trzech miesiącach już było dwanaście skarg. Sędzia zaskoczony tym wydarzeniem, każe sekretarce, żeby jeszcze trzy miesiące zaczekać, czy jeszcze co nie dopłynie. Ale na dwunastym wniosku był już koniec. Sędzia wyznacza dzień rozprawy, wszystkich panien chce na jeden dzień zrobić masową konfrontację. Ach, co to był za dzień! Ludzi jak na małym odpuście. Dwanaście panien, każda z dzieckiem, i każdej asystowali rodzice, siostry, bracia, a muszę dodać, że w latach międzywojennych rodziny były liczne. A to i koledzy amanta, a to i koleżanki zawiedzionych panien, a to i plotkarki z paru [wsi(?)]. To sensacja stulecia. Słowem: tłum ludzi , sala sądowa choć była wielka, to pomieścić nie mogła. Zaczyna się rozprawa: najpierw zeznają panny, a każda dla dekoracji z dzieckiem na ręku; potem świadkowie panien. Na pytania sędziego, które zadawał każdej z panien ,czy by poślubiła ojca swego dziecka, każda odpowiada, że tak, oczywiście. Teraz pyta oskarżonego:
– Czy by oskarżony zgadza się z zeznaniami świadków?
– Oczywiście, że się zgadzam. Wszyscy zeznawali prawdę, a do ojcostwa wszystkich dzieci też się przyznaję.
– Czy nie ma żadnych zastrzeżeń?
– Przyznaję się ,Wysoki Sądzie, to wszystko moje dzieci.
Sąd ma nie lada zakłopotanie. Wszystko się zgadza. Nikt nie zaprzecza.
– Czy oskarżony chce się z nimi ożenić?
– Tak jest, Wysoki Sądzie, ze wszystkimi dwunastoma. To wszystko dobre kobiety, każda jedna, ale rzecz zrozumiała w naszym ustawodawstwie, ożenić się przecież można tylko z jedną .
– A z którą też oskarżony chce się w końcu zdecydować na ślub?
– Wysoki Sądzie, obojętnie z którą, ale z tą, która zechce podjąć się wychowania pozostałych jedenastu dzieci, bo one są moje.
I tu pękła bomba. Teraz sędzia kolejno pyta panny .
– Czy pani decyduje się wyjść za mąż, za ojca swego dziecka i wychowywać pozostałe jedenaście dzieci?
– Co?! Ja tym kur… będę ich znajdki wychowywać! O! Co to, to nie! Nie ich doczekanie! Wolę za mąż nie wychodzić i czyich bękartów nie wychowywać.
I tak kolejno odpowiadała każda z pozostałych. ” Co ona, nie ,nie jej doczekanie, żeby ona tej, takiej, siakiej, owakiej wychowywała. I patrzcie, każda z nich była w porządku, tylko te jedenaście to kur.. . Po półgodzinnej naradzie woźny daje komendę:
– Proszę wstać! Sąd wchodzi.
I ogłoszenie.
– Sąd na swym posiedzeniu – brzmi głos sędziego – postanowił oskarżonego uniewinnić, ponieważ przyznał się on do ojcostwa i wyraził, iż jest gotów poślubić każdą jedną, która wykaże troskę matki nad jego dziećmi, a ponieważ wszystkie narzeczone odmówiły zgody na propozycję oskarżonego, zostaje on uniewinniony, wyrok jest prawomocny.
Po jakimś pół roku czasu wziął się na serio za żoneczkę. Już szły zapowiedzi, ale trzynasta panna, jak to bywa z tą feralną trzynastką. W wojnę zostaje zmobilizowany. Losy wojny rzucają go na wschód. Potem przez Iran trasa wiodła, ale operatywny był i tam, gdy stacjonowali w Szkocji, tam się już nie dało wylawirować. Szkotka wzięła krótko i szybko za kołnierz, tak, że już został na zawsze w Anglii i jest farmerem, bo to była córka farmera. I nawet biedak nie odwiedził ani razu ojczyzny. Kto wie dlaczego; czy z obawy przed spotkaniem z dorosłymi już dziećmi, które też już mają dzieci; czy może Szkotka trzyma krótko. Kto wie, za daleko.

Bronisław Szewczak

Gawęda spisana przez Bronisława Szewczaka

Dwanaście kołysek

W sąsiedniej wsi, Wola Puszczalska, były bardzo ładne panny, ale jakby jakie zaklęcie dla tej wsi, zgodnie z nazwą wsi panował też ten obyczaj, że panny do ślubu szły bez wianka, no, a w tamtych czasach nie bardzo było tolerowane, ale nie przeciętna uroda panien z Woli Puszczalskiej nęciła wielu kawalerów, i pewnego karnawału dwóch z naszej wsi ożeniło się w Woli Puszczalskiej. Po miesiącu, i jeden, i drugi są już ojcami, i jak głosiła fama, nie swoich dzieci, ale cóż, stało się. Jeden i drugi w najbliższy jarmark zakładają konie i jadą na jarmark po kołyski, ale w każdej wsi był bodaj jeden kpiarz, co przewodził w szykanach i w dowcipach. Stoi akurat kpiarz na gościńcu i patrzy co też ten Stachu wiezie w drabiniastym wozie i okazuje się, że to kołyski.
– Stachu, a na cóż ci aż 12 kołysek?
– Jak to na co, jak mi co miesiąc urodzi jedno, to w co je będzie kładła?
A za parę minut jedzie Jaśko, ale ten wiezie tylko jedną, ale kpiarz go zaczepia:
– Ej, te czegoś ty taki głupi, dla czyjegoś bachora pieniądze wydajesz na kolebkę?
A Jaśko jak się żenił, potrzebował forsy i sprzedał krowę kpiarzowi krowę najlepszą z obory, na wycieleniu. I teraz Jaśko pyta:
– Czy ta krowa, co żem wam sprzedał, już się ocieliła wam?
– Ano już.- rzekł kpiarz
– To ja się teraz pytam czy ciele jest moje, czy też wasze?
– No – rzekł kpiarz – jak krowę kupiłem cielną i się ocieliła u mnie, to byczek też jest mój.
– To się Wojciech odczepcie od czyjejś żony. Żona moja i dziecko moje.
I poszedł stary kpiarz jak zmyty do domu. A tak swoją drogą, moi mili, czy to warto interesować się czyimi intymnymi sprawami, myślę, że nie i wam też nie radzę.

Bronisław Szewczak

Gawęda spisana przez Bronisława Szewczaka
Kobyła na wesele nie poszła

W naszej wsi pod koniec karnawału szykowały się 2 wesela, i to na 1 dzień. Żenił się Andrzejewski i Goławski. A ludziska dawniej lubili się na wesela prosić, tak, że na 1 dzień często było się proszonym na 2, a nawet 3 wesela, a proszono gości na wesela tych ze wsi w dzień wesela rano. Stary Nowak miał syna kawalera i piękne 2 koni iście cugowe, to też proszony był często na wesela, no bo konie do ślubu też się liczyły. To też przeczuwał, że będzie proszony na oba wesela, a obaj kawalerowie żenili się na innych wsiach. Najpierw przychodzi Goławski i prosi sąsiada na wesele, a wówczas na wesela prosiło się całe rodziny.
– No i wiecie sąsiedzie,- oznajmia od razu- że chodzi też o konie.
A syn szykuje się na wesele do Goławskiego, tam będą ładniejsze panny, za parę minut jest już i Andrzejewski, a to był chłopak żywy, inteligentny. Wpada, pochwalił Pana Boga i uroczyście wypowiada:
– Kochani sąsiedzi, proszę was na moje wesele.
– Ale wiesz co, kochany.- rzecze stary Nowak -Dopiero co był Goławski i też nas prosił, a parokonkę mamy tylko jedną.
Na to pan młody:
-Sąsiedzie, ja was proszę na wesele, a nie wasze kobyły.
-Ach tak. Skoro mnie prosisz, to ja idę do ciebie.
A to był twardy człowiek, wskoczył do stajni, ciach, stajnie na klucz i sam, z żoną ubierają się i poszli na wesele do Andrzejewskiego, a synowi kobył nie dał na wesele do Goławskiego. I czuł się stary Nowak na weselu wyśmienicie, gdyż był proszony z serca, a był to chłop nie głupi. A ludziska mieli, oj mieli o czym gadać długi czas, że 1 prosił na wesele konie, a drugi gości. I choć minęło kilka dziesiątków lat od tamtego czasu i dziś do ślubu jeździ się samochodem, konie nie odgrywają już takiej roli co dawniej. Ale tak się rozejrzyjcie i dzisiaj ile to się ludzi prosi czy tylko kuzynów i tych z serca, a ilu tych z piedestału, no bo wiadomo zawsze to na nie.
Bronisław Szewczak

Gawęda spisana przez Bronisława Szewczaka

Ożenić byka

Było to jeszcze parę ładnych lat przed wojną. W naszej wsi był dość zamożny gospodarz, miał gdzieś około 30 hektarów ziemi, utrzymywał też stacje kopulacyjne ogiera, byka, knura, bo to w dawniejszych czasach było domeną dużych gospodarzy. Miał służącą i pastucha do bydła i jednego parobka do koni, czyli do jednej pary, a na drugiej parze robił jego syn. Już lat 19 skończył, a drugiego mieli dopiero co piąty roczek miał kończyć. Ale ten dziewiętnastolatek stawał się jakiś taki, jakby nienormalny. A to ze służbą uchodził w konflikty tak, że ojciec musiał służbę potem łagodzić za jego wygłupy; a to mamie przyciął; a to mu obiad był nie na jego gust ugotowany; a to za słodkie, a to za kwaśne; a to kiełbasa za sucha; a to znowuż jajka za miękkie. Oj, co też ta matka z nim miała, oj miała tak, że oboje rodzice byli wprost przygnębieni. I pewnego wieczoru, gdy się ułożyli do snu(a muszę przypomnieć, że wtedy spało się na jednym łóżku, tzw. rozsuwanym) i dla osłody życia brali sobie tego małego w środek, on ich jeszcze tylko pocieszał. Zaczyna ojciec:
– Ojej, matka, co my mamy z tym naszym Jaśkiem, on nas wykończy nerwowo. Co my zrobimy, oj, oj, oj, taki nie udany syn, oj.
Jęknął ojciec, a on przecież obiecywał sobie, że on wychowa swego syna na przystojniaka, a tu taki gbur, a niech to jasna ch….. . teraz zaczyna matka:
– Wiesz co, ojciec, a może by go tak wziąć i ożenić, co ty na to?
– A czy to mu pomoże?
– Stary, ja ci gwarantuje, że pomoże. Zobaczysz jaki się zrobi skromny, jak źrebak po kas…… .
Jak uradzili, tak i zrobili, a ten malec oczka zmrużył, ale jeszcze nie spał, a to był istny radar. Rano ojciec udał się do Walentego, który to lubił uprawiać, amatorsko oczywiście, rzemiosło swata. Ten się zajął Jaśkiem, podsunął mu dziewuchę, a swatowi było łatwo operować słowami: chłopak młody, bogaty, ładny, a to, że w domu robił piekło i był gburem, to o tym nikt nie wiedział, gdyż rodzice to ukrywali jak mogli. Wesele odbyło się huczne, jak przystało na zamożne domy, po kilku ładnych dniach, rodzice znów zaczynają nocną rozmowę, a maluch znów podsłuchuje.
– Widzisz stary,- zaczyna matka- że pomogło. Jasiek się ustatkował, to całkiem inny chłopak. Jaki on teraz cichy, spokojny, aż się chce teraz żyć na świecie.
Aż tu w porze obiadowej przyszedł jeden rolnik z krową do byka. Ojciec wypuścił buhaja, a ten jak nie zabuczy i bodzie to w płot, to w wóz co stał na podwórzu, a że też koło stodoły był usypany kopiec kartofli, byk doskoczył do kopca i to mu imponowało, bodzie kopiec, a kartofle tylko fruwają na wszystkie strony. A ten młodszy synek zawsze ojcu towarzyszył i patrzy co też ten byk wyrabia, a ojciec klnie na wszystko:
– Tyle roboty nam nabawił, ojoj, tyle roboty.
– Tatusiu, po co tatuś klnie, ożenić byka i koniec, Jasiek nie tak buczał jeszcze i jaki teraz spokojny. To samo będzie i z bykiem.
Ojciec się roześmiał i pogłaskał synka po głowie. I choć to już kawał czasu od tamtego zdarzenia, i rolnicy byków już nie utrzymują, dziś ze spokojem robi to inseminator, ale tych synalków buczących to jest dzisiaj, oj jest na kopy, i zdaje mi się, iż nawet jeszcze bardziej głupsze, jak tego ów jego, starego sąsiada Jasiek. Więc ja wam radzę, drodzy rodzice, zróbcie tak, jak mój sąsiad, jak tylko synek zaczyna buczeć, ożenić go, a żona już da sobie z nim radę. Ona go ujarzmi, będzie potulny jak królik w klatce, ręczę za to.

Bronisław Szewczak

Gawęda spisana przez Bronisława Szewczaka

Pierwszy sztych bez węzełka za nic

Było to w Roku Pańskim 1897. Słynny krawiec Lejba Tanenbaum ogłosił na całą Siedlecką Gubernię (gubernia w zaborze rosyjskim była odpowiednikiem obecnych nowych województw, a gubernatorem był generał rosyjski) iż w pierwszą niedzielę kwietnia na rynku w Siedlcach wygłosi prelekcję na najnowocześniejszy styl i sposób szycia.
Ale wróćmy jeszcze do samego Lejby Tanenbauma. Był to krawiec słynny na cały Powiat Łukowski. U niego szyli oficerowie carscy, ziemianie i kupcy. A przy tym miał naprawdę uroczą żonę Rojzę- ona asystowała przy braniu miary i przy przymiarkach, ona to darzyła swoim uśmiechem klientów. Miał ( Lejba) bardzo dużo uczniów i paru czeladników, a w ogłoszeniu brzmiało, iż wszystkie zawody iglane – tzn. krawcy, kuśnierze, szewcy, rymarze i parę jeszcze mniej znanych zawodów. A wybrał niedzielę tak żeby i katolicy i prawosławni no i oczywiście Żydzi mogli przyjechać czy przyjść. Oni (Żydzi) choć świętowali w sobotę, to ażeby nie urazić katolików w niedzielę też nie pracowali. No a że wtedy zaczynał cię przemysł rozwijać i maszyny już wchodziły coraz częściej do warsztatów rzemieślniczych, to fachowcy nowości przyswajali sobie jak kto tylko mógł i ciągnęli biedni rzemieślnicy- jedni koleją- co byli bliżej stacji, inni- końmi, a już najwięcej na pieszo.
Na rynku był postawiony stół- a przy nim stołek ażeby mówca mógł wejść. Tłum czeka już na rynku, zacząć ma się punkt dwunasta. Lejba podjechał dorożką, bo to był człowiek bogaty. Ale z dorożkarzem się umówił, żeby był w pogotowiu i czekał na niego. Więc wchodzi Lejba na stół, przywitał przybyłych rzemieślników dziękując im za ich trud w podróży ( ale to im się przyda na całe życie ).
-A więc panowie- zaczyna Lejba-zapamiętajcie sobie to, że pierwszy sztych igłą bez węzełka za nic! Dziękuję panom.
I Chyc ze stołka wprost na dorożkę i uciekł, a tłum pukał się w czółko- a było tego około cztery tysiące. Jedni klęli i szli do domów, inni z nerwów poszli pić do knajpy, a Lejba się śmiał tylko, bo to przydarzyło się na dzień pierwszego kwietnia.
A może by tak się rozejrzeć i dzisiaj ilu to z nas zaczyna szycie nie mając węzełka na końcu – i takim nic nie wyjdzie.
Bronisław Szewczak

Gawęda spisana przez Bronisława Szewczaka

Wyspowiadała się

W naszej wsi żył kiedyś niejaki Walenty Przekorski. Było to jeszcze na parę ładnych lat przed II Wojną Światową. To był sobie gospodarz, jak to byśmy go dzisiaj nazwali. Średniorolny, ale gospodarstwo prowadził dobrze, a żonę to już miał naprawdę ładną. Nasza wieś była dużą, gęsto zabudowaną i wesołą, ale wsie o gęstej zabudowie mają omal nie całkiem inny tryb życia, niż wsie trybu Duńskiego (………. huby lub przysiółki). W każdym regionie jest inna nazwa, tu się zawsze coś więcej działo, wszyscy o wszystkim wiedzieli, a pola były dalekie, to jak chłopy pojechały orać czy bronować, to baby w ruch. Ale nasz Waluś wziął coś podejrzewać swoją żonę, że trochę za ładnie się ubiera i jest w lepszej kondycji, niż on, ale był opanowany. Niemiał żadnych dowodów, żeby wszcząć swarę małżeńską, bo to do kościoła chodziła i o dzieci dbała, a urodziła parę ładnych sztuk. Ale był już czerwiec, Waluś policzył ile zboża jeszcze ma na spichrzu.
– A te pół tony żyta to mogę sprzedać.
Naszykował, zboże poważył, Walusiowa ułożyła 3 kopy jaj w duży kosz i raniutko jadą do miasta na jarmark. A do miasta mieli ponad 20 kilometrów drogi nieutwardzonej , a upał był niesamowity .
– Oj, to chyba przed burzą -rzekł Waluś- Oj, żeby choć burza nie przyszła za nim nie przyjedziemy do domu.
Ona wprost szalenie się bała, jak grzmiało i trzaskało. To był dla niej sądny dzień. On sprzedał żyto, ona jaja. Spieniężyli oboje dobrze, kupili kawałek kiełbasy, parę bułek i jadą do domu. Są gdzieś na wpół drogi i stało się to, co Waluś przewidywał. Idzie siniawa, huk, szum, wichura, grzmot.
– Ocho, koniec świata .-rzekła Walusiowa- Wiesz co, -mówi do męża- a może byśmy się tak wyspowiadali na wszelki wypadek?
– A może ty i dobrze gadasz.- rzekł Waluś i rzece do żony- klękaj i zaczynaj.
Co też zaraz uczyniła. I mówi to wszystko, co tylko pamiętała, ile razy wyniosła do Jankla, do sklepu po ćwiartce żyta (ćwiartka=25 kg), ile razy gotowała sobie jajka, jak on był na polu, i te kury, co to one niby ginęły, to ona je sama zjadała po kryjomu, i te śledzie, co kupiła od Jankla ze sklepu, i też zjadła je, gdy on orał, czy bronował. A w Walusiu krew się burzy, a ona klęczy i trzyma usta przy jego uchu.
– Nie wszystko, i wiesz co Waluś, zdaje mi się, że ta Marysia, co ma teraz 7 lat, to chyba nie jest twoja, a te resztę to już dobrze nie pamiętam, no a teraz ty Walek, klękaj.
On spojrzał na prawo i lewo.
– Wiesz stara, damy spokój, przejaśnia się .
Teraz Walenty zrozumiał skąd ta dobra kondycja u żony. I zmieniło się od tej spowiedzi w tym domu, oj się zmieniło, co się tam działo, to się domyślcie już sami. Oj, tak, tak, ludzie, nie ze wszystkich grzechów warto się spowiadać żonie czy mężowi. Co wy na to Państwo ?

Bronisław Szewczak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.