Strona poświęcona Ziemi Łukowskiej

Wszystkie

Z dziejów ciemnoty – Zamawianie i leczenie chorób u ludu ziemi Łukowskiej.

Antoni Golec „Antosiek” XIX- wieczny znachor

Nasz chłopek lub szaraczek (szlachcic posiadacz kilkomorgowy), boi się nadzwyczaj lekarzy, szpitali i apteki,więc w razie choroby udaje sie czasami o kilka lub kilkanaście mil do zamawiacza inaczej zwanego znachorem, wróżem lub zaszeptywaczem.
Nie poznawszy bliżej tego rodzaju ludzi, sądziliśmy, że znane im są pewne praktyczne środki lub znajomość leczniczych ziół, tymczasem badając ich bliżej dowiedzieliśmy się, że wszelkie choroby i dolegliwości dzielą oni na kategoryj: wiater trącił, różą się zgniewała z kołtunem (plica polonica), kołtun zwija się i żąda się i t.p. Continue reading

Ustawa dekomunizacyjna – tablica w Staninie

 

Tablica na dawnym komisariacie MO w Staninie.

W ramach tzw. ustawy dekomunizacyjnej z przestrzeni publicznej do 31 marca miały zniknąć m.in. pomniki i tablice, propagujące komunizm i inne ustroje totalitarne. Na  Liście istniejących obiektów mogących propagować komunizm na terenie gmin woj. lubelskiego sporządzonej w Lubelskim Urzędzie Wojewódzkim znalazło się kilka tablic i pomników z powiatu łukowskiego. Obok tak znanych obiektów jak pomnik partyzantów polskich i sowieckich w Jacie (tzw. „czerwony pomnik”) napisem Pamięci polskich i radzieckich partyzantów zgrupowanych w tych lasach w latach 1942-1944 walczących z hitlerowskim okupantem. Społeczeństwo Ziemi Łukowskiej – 1969” , pomnik na terenie parku miejskiego przy ul. Dr A. Rogalińskiego w Łukowie z napisem „Bohaterskim żołnierzom Armii Radzieckiej i Polskiej poległym w walkach o wyzwolenie Ziemi Łukowskiej – Łukowianie z okazji 1000 lecia państwa Polskiego” czy płyta na frontowej ścianie budynku starostwa z napisem „Bojownikom o wolność i demokrację ludową w Polsce. W dniu Święta Pracy, Łukowianie. Łuków 1 maja 1947 r.” znalazła się też tablica na dawnym budynku komisariatu milicji a później ośrodka zdrowia w Staninie.
Napis na tablicy głosi:

Continue reading

Żdżary – zarys dziejów

„Boże Błogosław Mieszkańcom Żdżar”. Fot. Marek Domański.

Geneza nazwy

Wieś Żdżary wzięła swoją nazwę od sposobu, w jaki powstała. A był on typowy dla wielu ówczesnych miejscowości. Polegał na wypaleniu otaczających teren drzew, a na powstałym pogorzelisku utworzeniu gruntów pod uprawy rolne. Sąsiedztwo otaczających wieś lasów, w tym m.in. rezerwatu Jata, zdaje się potwierdzać tę teorię. Continue reading

Dąbie – zarys dziejów

Zabytkowa przydrożna kapliczka. Symbol  religijności wsi. Fot. Marek Domański.

Geneza nazwy
Przed wieloma wiekami teren dzisiejszej wsi Dąbie porastały licznie występujące tu dęby. Ta cecha otaczającej przyrody dała miejscowości jej późniejszą nazwę.

Continue reading

Tak żyli nasi przodkowie w… Wierzejkach


O wsi Wierzejkach. Miło doprawdy odczytywać takie wiadomości, jakie nadesłał nam o swej wsi sołtys z Wierzejek, Jan Płodowski. Wieś ta leży w parafji Trzebieszowskiej, powiecie Łukowskim, gubernji Siedleckiej. Składa się ona z 47-miu gospodarzy, samej szlachty cząstkowej. Jest to więc wieś duża, a jednak od kilku już lat karczmy w niej niema i wódki nie piją wcale. Na chrzcinach, weselach i pogrzebach gospodarze częstują gości kufelkiem piwa takiego, co to rozumu nie odbiera, podają kawę, herbatę, a czasami i winko znajdzie się na stole. W karnawale tego roku odbyło się tam siedem wesel, a wódeczki na żadnem nie było wcale. Gdyby zaś przełożony wesela i chciał kiedy poczęstować tym podłym trunkiem gości z innych okolic przybyłych, którzy nie rozumieją zabawy bez gorzałki, to musiałby chyba flaszkę przed swymi sąsiadami w kieszeni chować, jakby jaki fant kradziony.

Po domach też w Wierzejkach jest spokojnie i każdemu czas mile płynie. Małżonkowie żyją w zgodzie i miłości wzajemnej. Tu ojciec rodziny w podeszłym wieku odpoczywając po pracy gospodarskiej uczy dziatwę czytać i pisać; tam matka pokazuje swym córkom, jak piękne płótna wyrabiać, jak szyć, a gdy czas pozwala, to i wyszywać, i szydełkiem robić uczy.

Wszyscy stateczniejsi ludzie nie pozwalają młodzieży zabawiać się czymkolwiek szkodliwym. Jak tylko ujrzy kto młodzika z papierosem, to zaraz daje o tem znać sołtysowi, a ten na karę skazuje. Starzy też wystrzegają się palić na ulicy i jeden drugiego nawzajem przestrzega, aby nikt z ogniem po wsi nie chodził.

W każdą niedzielę i w święta idą wszyscy, i starzy i młodzi, do kościoła parafjalnego w Trzebieszowie, gdzie służbę Bożą pełni ksiądz proboszcz i dwóch wikarych. Wysłuchawszy w kościele mszy świętej i nauk wracają spokojnie do domu. Tu młodzież nie zajmuje się żadnemi zbytkami, tylko śpiewa pieśni, a starzy to radzą o różnych, rzeczach, to czytają jaką książkę lub Gazetę Świąteczną.

Znajdą się, co prawda, w Wierzejkach pomiędzy tymi 47-miu gospodarzami i tacy, o których tego wszystkiego, co tu napisano, powiedzieć nie można; ale takich jest niedużo, więc może Bóg da, że i oni przecież nie zechcą być gorsi od całej wsi. Pisarz Gazety spodziewa się, że i oni zaczną niedługo żyć tak samo uczciwie i przykładnie, jak ich sąsiedzi, a inne wioski, do których ta wiadomość doleci, pójdą w ślady wsi Wierzejek.

Tak żyli nasi przodkowie w… Gołaszynie

LISTY

do Gazety Świątecznej.

Ze wsi Gołaszyna w powiecie Łukowskim, gubernji Siedleckiej.

Treść: Co najwięcej w Gołaszynie popłaca?—Szkodnicy.—Kłótnie i godzenie się w kółko.—Jaka tam młodzież?—Co i jak świadczy o pustce w jej głowach?—Jaka wieś, a jaka oświata,—jaka oświata, takie i życie.

Jak wszędzie, tak i u nas rozmaicie się dzieje: jest dobre, nie brak i złego.

Wioska nasza oddalona jest od miasta Łukowa o cztery wiorsty; ma przeszło 50 osad, a grunta niezbyt żyzne, ale nie tak znów banko złe, żeby się na nich nic nie rodziło. Tylko że ludzie u nas bardzo pyszni i zarozumiali o sobie, a co gorsze— jedni drugich cenią wedle pieniędzy. Bogaty zabiera nosa do góry, biedniejszemi pogardza i za nic ich niema. Tacy je­dnak pyszni zwykle sami bywają bardzo ciemni, jak tabaka w rogu; a o książki dobre nie dbają, ani też o oświatę. Nawet i przykazania Pana Boga niewiele ich jakoś obchodzą i niebardzo je w życia stosują; a to wypływa z braku oświaty.

I ja niedawno dowiedziałem się o Gazecie. Dopiero pierwszy rok ją sprowadzam, jak również i drugi mieszkaniec Gołaszyna, a jużeśmy do niej przywykli i bardzo nam jest przyjemnie ją czytać. Odbieramy numery Gazety co niedzielę, wyglądając jej niecierpliwie w końcu każdego tygodnia. Namawiamy też ludzi, aby sprowadzali ją sobie i czytywali. Doprawdy, gdyby nas posłuchano, nie byłoby tu takiej rozmaitości złych przykładów, jakie często zdarzają się między starszymi ludźmi i między młodzieżą. Tymczasem zaś nic ich nie wstrzymuje. Wiedzą wszyscy we wsi, że niektórzy z naszych gospodarzy, jak tylko przyjdzie letnia pora, nocami konie i bydło prowadzą umyślnie w szkodę—w zboże albo też na łąki, albo w kartofle, i tak co noc. A niejeden sąsiadowi i łąkę wykosić potrafi. Namawia też jeden drugiego, żeby do lasu pojechał i sąsiadowi ściął brzozę lub też chojaka, aby miał za co wypić wódki kieliszek lub piwa kufel, zakąsić czemś dobrem i papierosa zapalić. O tem zaś, że to obraza Boska i krzywda ludzka nikt ani pomyśli nawet. Z tego, rozumie się, wychodzą kłótnie, przekleństwa i ciągła niezgoda; później ciągania się po sądach, i tak idzie w kółko. A pokątnych doradców, na ludzką biedę, nie brakuje u nas; karzą ich nieraz, ale to nie pomaga. Znajdą się też u nas i tacy, co za kieliszek wódki lub za parę kufli piwa idą do sądu przysięgać fałszywie.

A czemu to tak? Oto, jeśli prawdę powiedzieć — mało pomiędzy nami znajdzie się ludzi mających wiarę, pamiętających że kiedyś trzeba będzie rachunek zdać przed Bogiem za swoje złe postępowanie. Niejeden starzec, który już nad grobem stoji, a jednak jeszcze się nie powstydzi wyciągnąć po ludzką własność. Wśród takich obyczajów między sąsiadami doprawdy życie uczciwym ludziom obrzydło

Na pociechę jednak mogę powiedzieć, że niewszyscy są tacy. Niebrak wśród nas i łudzi innych, o których można śmiało powiedzieć, że to uczciwi, porządni gospodarze, dobrzy ojcowie dla dzieci; tylko obok nich dużo się znajduje takich, co sami swoje dzieci umyślnie uczą złego i niedobry przykład im dają z siebie. Tacy, gdy ich dziecko komu szkodę zrobi, jeszcze się nawytrząsają pięściami na tego, co się przyjdzie o swoje upomnieć.

Pomiędzy młodzieżą naszą jest bardzo dużo, może nawet większa część półgłówków Lubią oni żyć hojnie i wesoło. Niechby się weselili, tylko uczciwie, żeby z tego nie wynikała niezgoda ani nienawiść. Ale to jak przyjdzie niedziela święta, to się schodzą po kilkanaście osób, chłopaków i panien, i obłamują niejednemu płoty, jak się na nich porozsiadają, bawiąc się do godziny jedenastej. Czyby to nie lepiej było zejść się do jednego domu i tam jaką książkę ciekawą przeczytać na głos, albo tez pieśni pięknych kilka wspólnie zaśpiewać? Rady jednak dobrej żaden nie chce posłuchać! Jak ich wychowano, tak żyją!

Czytelnik.