Strona poświęcona Ziemi Łukowskiej

Zastawie – wspomnienia Bronisława Szewczaka

bronek

 

 

Bronisław Szewczak
ur. 23.10.1823 Zastawie
zm. 11.6.1986 Poznań

 

 

 

 

Wspomnienia zostały spisane przez Bronisława Szewczaka około roku 1980. Została zachowana pisownia oryginalna. Przypisy – wnuczka Lucyna Dembińska

Zeszyt nr 1
Byłem Ostatni
Urodziłem się późną jesienią późno wieczorem i w dodatku w ostatni dzień tygodnia, w późnym wieku rodziców, a tak dokładnie to w niedzielę 6 października 1923 roku o godzinie 21:30 w dodatku jak zanotowano, na moim koncie padał drobny zimny jesienny deszcz i jak się mówiło wśród matek będzie miał chłopak opłakane życie, no i trafiono choć w chwili mojego przyjścia na świat nic jeszcze nie wskazywało gdyż był to dom zamożnego dorobkiewicza, człowieka, który się liczył nieme tylko we wsi, Gminie ale w powiecie i dalej.
Ojciec (Cyprian „Czupryn” Szewczak 1879 – 1934 – przyp. L. D.) jaki on był, został sierotą już w dziecinnym wieku ze czterema siostrami na sześciu morgach bieda aż kipiała. Ale był bardzo zdolny i niespotykanie pracowity, do szkoły chodził dwie zimy, gdyż rolnicy latem dzieci do szkoły nie posyłali dopiero po Wszystkich Świętych godzili nauczyciela prywatnie, i nauka odbywała się co dzień w innym domu, czyli jeden dzień od jednego dziecka jak było dwoje dzieci to dwa dni jak troje to trzy dni, nauczyciel jedzenia dostawał w tym domu w którym uczył danego dnia, natomiast jedno z dzieci trzymało wartę na drodze czy czasami nie jedzie carski żandarm gdyż oficjalne nie wolno było uczyć się po polsku. Owszem, szkoły mogły być prowadzone ale z nauczaniem rosyjskiego, ale Podlasiacy lud waleczny i uparty gorszą szkołę byle tylko się nie rusyfikować. Ojciec już w tej szkole zaczął się wyróżniać i nauczyciel nazwał go medykiem co w miejscowej gwarze oznaczało medytacja rozumowanie. Gdy się przez dwie zimy nauczył czytać, pisać i jakichś tam rachunków zaczął czytać wieczorami oczywiście zimą książki z różnych dziedzin, a babcia długo w noc przędła kądziel bo przecież wtedy było wszystko swojskie czyli własnej roboty ze lnu i z wełny. Ojciec pogłębiając wiedzę, zaczął odczuwać wiele potrzeb, po pierwsze wyrobić sobie u ludzi zaufanie, szacunek, a w dalszej kolejności zaspokoić głód ziemi, co się równało zaspokoić głód żołądka bo chleba z tego kawałka ziemi nie wystarczało i zaspokoił jeden i drugi głód ale człowiek gdy upatrzy jakiś cel to winien do niego kroczyć choćby całe życie (…)
Mieszkaliśmy przy głównej szosie, a na Boże Narodzenie (działo się to prawdopodobnie na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych XX w. – przyp. L. D.) puszczano żołnierzy na urlop, od stacji niektórzy mieli trzydzieści i czterdzieści kilometrów, śnieg mróz a tych żołnierzy szło od węzłowej stacji naszego powiatowego miasta. Gdy było gotowe śniadanie czy obiad to matka wysyłała mnie na szosę, Idź i pilnuj, a jak będą szli żołnierze to powiedz, że mama panów wołała do domu, żebyście odpoczęli i przyprowadzałem ich. (…) Wojsko trzeba szanować szczególnie bo to nasz obrońca, w dodatku jest bez grosza, bo ludzie żołnierzom pieniędzy nie wysyłali tak jak dziś. Ale zainteresowanie moje wojskiem, historią wojen, zaborów, rewolucji, miało swoje podłoże trochę rodzinne. Z rodziny babci i ten dziadek muzyk byli powstańcami podczas powstania styczniowego. Jeden zginął podczas bitwy we wsi Zastawie w lasku pod nazwą Zarośle. Zabitych i ciężko rannych było 25 powstańców, ci ciężko ranni byli poskładani w stodołach u rolników, jak poumierali, byli razem pochowani we wsi Zastawie. Była wśród nich jedna dziewczyna. Było to w miesiącu kwietniu 1863 roku. To było w kronice rodzinnej zapisane, potem działalność ojca (Cypriana Szewczaka, przydomek „Czupryn” bądź „Czupryna”, zm. w 1934 r. – przyp. L. D.) w 1904, 1905 roku, później rok 1918. W 1920 roku dwaj bracia byli w szkole. Całe szkoły szły na tak zwanego ochotnika – no bo kto by się odważył nie pójść?
W długie zimowe wieczory matka (Anna Szewczak, z domu Wojnarowicz – przyp. L. D.) przędła len i opowiadała mi dzieje wojen i z całym tym wszystkim co się działo: dzieje zaboru rosyjskiego, służbę w zaborczych armiach Polaków, o tym jak Polacy musieli strzelać do siebie tylko dlatego, że każdy był w innym mundurze, przy tym śpiewała mi moc piosenek żołnierskich (…). A swoją drogą Podlasie lubiło śpiewać, śpiewano na pogrzebie i na weselu, piękny śpiew był w kościołach, śpiewano przy kądzielach. Podlasie lubiło też historię, lubiano i ciągle wspominano opowiadano o wojnach a historia i wojny chyba najlepiej ze wszystkich dzielnic lubiły Podlasie, bo dowodem tego były cmentarze z wojny szwedzkiej, grób pułkownika Berka Jeselewicza, który zginął po Kockiem w bitwie z Austriakami i było tam przysłowie „Zginiesz jak Berek pod Kockiem”, groby powstańców listopadowych, groby powstańców styczniowych, groby rosyjskie i niemieckie z 1915 roku, bo Podlasie Niemcy zajęli w 1915 roku, tu było co opowiadać i tu był wielki patriotyzm. Było kiedyś nawet utarte powiedzenie „męczeńskie Podlasie” a ucisk tu był szczególnie do 1905 roku. I na przykład ksiądz jeżeli chciał pojechać do drugiej parafii na odpust to musiał pisać do Wojennego Naczelnika w powiecie i uiścić opłatę 5 rubli a równało się to 125 kg żyta lub za te pieniądze były buty z cholewami od święta. Ale który ksiądz był żądny forsy podpisywał umowę, że będzie się modlił za cara, a modlitwa za cara była następująca: odwrócił się do ludzi, podniósł ręce do góry i zaśpiewał „Boże chranij cara”, to było na koniec mszy przed „ite missa est” i znowu otrzymywał 5 rubli za każdą niedzielę i święta. Dziś młodemu czytelnikowi zabawne się to wyda, ale to był fakt.
Czym się dalej Podlasie charakteryzowało – nie było tu antagonizmów do mniejszości narodowej – a było ich trochę. Polacy się żenili z Żydówkami, oj, jak to było mile widziane, nikt nie szykanował dzieci z mieszanych małżeństw, były też pozostałości po Tatarach, ale w naszej okolicy już przeszli na katolicyzm i mało kto wiedział już o nich, ale geny utrzymują się do dziś – ziemisty kolor skóry, małe oczka, ale to już Polacy. Do tego co już wspomniałem moi rodzice przywiązywali wielką uwagę i bezgraniczną miłość do ojczyzny, wielki szacunek do wojska, wprost ślepego posłuszeństwa w szkole wyznawali zasadę, że nauczyciel ma zawsze rację, ale nieco inny mieli pogląd na administrację. Ojciec był do śmierci po stronie polityki Witosa. Dalej na co zwracano uwagę to szczególną tolerancję do każdej narodowości i każdego wyznania. Rodzice jako katolicy praktykujący i przy tym dobrze znający Pismo Święte nigdy źle się nie odnosili do innych wyznań, matka zawsze mówiła „wierzymy wszyscy w tego samego Pana Boga”. Obok nas w domu żydowskim było coś takiego jak byśmy to nazwali po polsku „kaplica”. W sobotę uprzątali to mieszkanie i jeden staruszek żyd celebrował nabożeństwo, bardzo ładnie śpiewali w języku Hebrajskim, gdyż język Hebrajski był wtedy używany tak jak u katolików łacina. A tak rozmawiali w języku Jdysz. Czekałem świąt żydowskich niemal jak naszych. Lubiłem jak trąbili, było to zdaje się zdobycie Jerycha, czyli upamiętniali ten dzień, ale nie tylko to, że lubili ten śpiew i trąbienie ale i to, że mieli dzieci w zbliżonym wieku ze mną, chodziliśmy razem do szkoły, razem śmy się bawili, ale ci żydzi byli wyjątkowo ortodoksyjni o surowych zwyczajach, nałożonych im przez Talmud (…). Ale moi rodzice uważali tych ludzi za religijność i patriotyzm do ziemi obiecanej. Raz pamiętam, w sobotę to jest ich dzień świąteczny Wiecie wy co sąsiadko – mówi do matki sąsiadka stara Żydówka – my jeszcze wrócimy do swojej ziemi do Palestyny, już działa organizacja na tej linii i nasze państwo będzie się nazywało Izrael, Oj to nie będzie takie łatwe – mówiła matka, no moja kochana sąsiadko a powstanie Polski to było łatwe a jednak powstała, my jeszcze obie dożyjemy państwa Izrael, ale biedna nie dożyła, egzekucja jej skróciła żywot w 1942 roku, ale jeden syn uciekł do Rosji w 1945 roku, wrócił do Polski i według marzeń dawnych wyjechał do Izraela. Moja matka dożyła i wspominała tę Żydówkę, że trafnie przepowiedziała.
Matka była jakby przeciwieństwem losu ojca, choć byli oboje z jednego roku urodzenia, oboje z tej samej wsi, (…) oboje byli najmłodszymi dziećmi w swoich rodzinach, ale reszta była zupełnie inna. U dziadka po kądzieli były dostatki, gospodarstwo było duże 24,64 ha. Dziadek sam w gospodarstwie nie miał czasu pracować, tyle tylko co zarządzał, robili wujowie a było ich czterech i siedem córek czyli razem jedenaście dzieci. Dziadek był człowiekiem złotorękim, był sławnym skrzypkiem nadwornym a dworów wówczas było dużo. Nie było radia czy innych rzeczy, więc te potrzeby spadły na muzykantów. Bywało, że po trzy, cztery razy w tygodniu zajeżdżała bryczka z cugowym zaprzęgiem i brała dziadka na bal – oczywiście jako muzykanta. Była w domu fuzja, jako hobby, duża pasieka i średniej wielkości sadek, gdzie dziadek lubiał przeprowadzać najróżniejsze eksperymenty, owoce rosły i na sośnie i na wierzbie. Stawiając oborę, obudował gruszę tak, iż grusza stała w oborze a gałęzie na dachu, a było to wówczas możliwe gdyż były to lata, gdzie hołdowało się drzewom wysokim. Znał się bardzo dobrze na stolarce i murarce, już wtedy umiał robić piece kaflowe, wchodziły już jakieś tam piekarniki oczywiście we dworach, były pieniądze, były dostatki, złoto było w obiegu. Dziadek, obijając się na co dzień wśród ziemiaństwa zrozumiał, że lata rubla są już policzone, że banknoty z Katarzyną będą tylko kawałkiem papieru, więc odkładał tylko pięciorublówki złote, podobno było ich dość dużo, ale zasób złota się powiększył. Pewnego dnia w jednym z dworów dziedzic za udział w powstaniu styczniowym został aresztowany i wywieziony a dwór przeszedł w dzierżawy – nazywali to ludzie majoratem. Nowa pani zaczęła urządzać dom po swojemu a dziadek to przerabiał. Trzeba było stary ceglany piec rozebrać a postawić nowy z kafli jakieś tam esy floresy z dachówkami. (…) Rozbierając resztki pieca, tuż przy podłodze był sejf – duży gliniany gar wypełniony pieniędzmi czyli same złote monety wielkości dna od szklanki. Były to stare polskie pieniądze. Tu decyzja była szybka (…) – dziadek zasymulował nagłą chorobę. Murarze wtedy swoje narzędzia nosili we workach, więc wysypał monety do worka, na wierch włożył kielnię i młotek. Dali wóz i dziadek położył się na wozie przykrywając brzuchem worek no i jęczał niemiłosiernie, że biedny fornal aż popłakiwał nad panem majstrem, że takie go nieszczęście spotkało. Oj panie majster, czy to czasami nie będą uroki i to żeby nie śmiertelne czasami? Może nie – odparł dziadek – mam w domu nalewkę na ziołach i miodzie to może puści. I oczywiście po przyjeździe do zelżyło całkowicie, po trzy kieliszki wypili z fornalem, który go przywiózł, fornal zachwycał się lekiem, że taki miły w użyciu a taki skuteczny. Nawet on – jak oświadczył, choć jest zdrowy jak koń to poczuł się jeszcze trzykroć zdrowszym. Jutro już mi będzie dobrze i pewnie pójdę do murarki ale dziś musze poleżeć – przekaż to dziedziczce. I oczywiście przekazał. No a teraz zaczęła się w domu gorączkowa robota: najpierw zrobić inwentaryzację ile tego jest, potem podzielić na trzy równe porcje, ulokować każda gdzie indziej. Dwie porcje poszły do schowków – każda w inne miejsce, a trzecia porcja zamieniła się w pancerną kamizelkę. A więc oboje z babcią szyją. Zrobili kamizelkę na wzór dzisiejszych spodni watowanych czyli kratę tak iż każda moneta była w swoim kwadracie oczywiście lekko watą owinięta, żeby nie latała. I tę kamizelkę dziadek nosił pod koszulą, żeby nikt nie widział. Gdy już sił ubywało, te dwie porcje ze schowków dał synom a kamizelka miała być podzielona tuż przed samą śmiercią na córki. Ale jak wszyscy tak i dziadek nie spieszył się z odejściem w zaświaty i z podziałem złota. Ale służył u dziadka syn najstarszej córki Józef – mądry i poważny chłopak, ale dziadek zaczął się czuć gorzej. Wszyscy się pospali, Józef ty przypilnuj dziadka. I przypilnował. Gdy biedny dziadek oddał Bogu ducha, dobry wnuk ulżył jego spracowanemu ciału, zdjął kamizelkę, oblókł dziadka z powrotem w koszulę, złoto więc nie zginęło, ba – zostało nawet w tej rodzinie, tyle, ze kamizelka była już na innej skórze. Józef obudził wujów, zakomunikował, ze dziadek już zmarł i znikł jak kamfora polami do domu i jedynie ta część popadła w dobre ręce. Józef kupił sobie zaraz po pogrzebie duże piękne gospodarstwo, spoważniał, podkręcał tylko piękne wąsy. A po wujach złoto przejęło dopiero drugie pokolenie i bardzo niefortunnie je rozdysponowało (…).
W domu szło dobrze, ale w świecie był pisk, pamiętny kryzys. Ale ojciec jako dawny polityk i działacz rewolucyjny z 1904-195 roku, obecnie już zamożny rolnik był otoczony wielkim szacunkiem wśród ludności. Pamiętam jak po wyjściu kościoła rolnicy otaczali ojca i każdy się starał żeby stojeć jak najbliżej. Zacząłem rozumować, że ten mój ojciec znaczy coś więcej jak kto inny. Dyskusje były coraz dłuższe, kryzys dawał się we znaki coraz gorzej. Koło nas były dwa sklepy żydowskie. Towar w nich był zawsze, ale z utargiem to już było bardzo źle. Chłopi nie mogli sprzedawać, brak nabywców, robotnicy nie mieli za co kupować, a urodzaje były naprawdę dobre. Byłem świadkiem takich scen, że chłop kupił konia za 5 zł, a kilku rolników uczepiło książeczkę do grzywy i puścił konia i dopiął kartkę, ze kto się nim zaopiekuje to koń jest jego własnością. Tamtego roku nawieźli rolnicy kartofli ale o kupcu nie ma mowy. Straszna więc liczba rolników, żeby nie mordować koni powrotnym transportem rozejrzeli się czy nie ma blisko gdzieś policjanta, kartofle wysypał na rynku i konia batem. Trzecia scena była jeszcze zabawniejsza: na świńskim rynku rozmawiają dwaj obok siebie stojący rolnicy – Ja – mówi jeden – już jestem trzeci raz z tą ósemką prosiąt. A ja już czwarty raz. Ale temu, co był czwarty raz wyszła machorka i mówi, żeby popatrzył na jego wóz a on poleci po palenie. Ten zapewne jeszcze do sklepu nie doszedł a ten ze śmiechem mówi: To ja ci pomogę i przyjedziesz i piąty raz. I szach mach parę razy swoje prosięta na wóz tego, co poszedł po machorkę, konia batem i odjechał zadowolony, że się pozbył. Że bez pieniędzy odjechał to mało ważne ale ważne, że się pozbył towaru. A ten po przyjściu z machorką patrzy co jest, tyle prosiąt na wozie. Pyta mnie, gdyż ja pilnowałem wozu (ojciec coś tam jeszcze poszedł załatwiać): Synuś, kto kładł prosięta na mój wóz nie widziałeś? Ten pan, co u stojał – odrzekłem – i szybko pojechał do domu. A co mówił – pyta. No wie pan – mówię – powiedział, że pan jeszcze piąty raz z nimi przyjedzie. Ten siadł na wóz i odjechał. Jaki los spotkał te prosięta – tego już nie wiedziałem. Ale koło tych dwóch sklepów ludzie przejezdni się zatrzymywali: kupcy, furmani, poganiacze krów zakupionych przez bogatszych handlarzy. Raz, pamiętam, odpasał konie jakiś kupiec a był zdaje się dobrze znajomy ojcu. Sam posilał się bułką i śledziem marynowanym ze sklepiku, gdyż był starozakonnym i zwraca się do ojca: Mój stary przyjacielu, niech mi pan powie co jest – Rabe mi nie umiał wytłumaczyć. Co to – zwraca się ojciec – ja mam być mądrzejszy od Rabe, przecież to człowiek kształcony i to wysoko. Kupiec na to: Tak, to wszystko zgoda, on mądry jest, to fakt i kształcony – to drugi fakt, ale odpowiedzieć i trafnie i przekonywująco to trzeci fakt. Ja się pilnie wschłuchuję tej rozmowie. No mów o co ci chodzi panie kupiec – odparł ojciec. Ojej – zaczyna – niech mi pan powie czy świat żyje czy świat umarł. Pan wie – mam dwa sklepiki: jeden spożywczy drugi łokciowy (tak nazywamy sklepy tekstylne) i od miesiąca do mojej kasy nie wpłynęła ani jedna złotówka, więc ja pytam pana – jeżeli świat żyje to powinien jeść i kupować artykuły spożywcze; jeżeli świat umarł to powinien kupować płótno. Pora była obiadowa, koło sklepu coraz więcej dyskutantów. Ojciec odpowiada: Mój drogi, świat nie umarł, ale świat nie żyje, świat się po prostu męczy, świat kona. A jak długo będzie się jeszcze męczył? Ojciec znów odpowiada: Może jeszcze ze trzy lata i się ruszy, kryzys minie i zacznie koniunktura, będziemy wszyscy sprzedawali ale to będzie przychodziło powoli, ale wszystko ruszy i zacznie się – pokazał ręką na zachód. No no no, co pan też mówi. Ja mówię to co czuję a pan nic jeszcze nie czuje, panie kupiec, to źle. A był to już rok 1933, zapach już się unosił ale bardzo mały procent ludności to rozumiał. Ale czy wszyscy kryzys jednakowo przechodzili – każda rodzina na inny sposób. Ojciec jakoś łatwiej niż inni rolnicy, gdyż było to gospodarstwo duże 59 ha. Ojciec był członkiem powiatowej spółdzielni „Rolnik” i podejmował się przy odstawie zawsze całego wagonu żyta, musiało być jednolito odmianowe przy tym na młynku doczyszczane i jakoś tam poszło i to w dodatku o dwa trzy złote na metrze drożej, a to było dużo, bo robotnica przy kopaniu ziemniaków zarabiała 1 zł, no i dostawała jedzenie. Ale co było robić z kartoflami, świniami i wiele innych drobniejszych produktów. Ale różnie było u rolników. W mojej wsi było 86 rodzin, 3 rodziny bezrolnych – tak zwanych na Podlasiu wyrobników, dwoje nauczycieli i pięć rodzin żydowskich. Żydzi też mieli po trochu ziemi, ale nie wszyscy. Była olejarnia, sklepiki, prowadzili rzemiosł farbowanie, krawiec, krawcowa, rymarz. A gospodarstwa były zróżnicowane i tak było na całym chyba Podlasiu, najmniejsze gospodarstwo było 2 ha, a najwięcej gospodarstw było w przedziale od 7 do 12 hektarów.
Dziwne Zjawiska
Gdy zbliżała się wojna były różne rzeczy kturych nikt konkretnie nieumiał wyjaśnić w roku 1937 jesienią czyli zaraz po żniwach nastąpiło zjawisko którego niepamiętali ludzie mający po dziewięćdziesiąt lat, co to był za obiaw, otóż na każdym liściu wiśniowym był maleńki wąż żywy długości około dwuch centymetrów zwinięty w generalski gzyms był on żywy ale nie wychodził on ze swego legowiska nad swoim ciałem miał osłonę tak jakby z folji po rozdarciu tej folji czyli osłonki poruszał się identycznie jak wąż te same ruchy ta sama głowa, ludzie się tym zjawiskiem zatrwożyli, a w tych czasach w Polskim radju prowadził audycje dla wsi inżynier pan Tarkowski zdaje się że na imię miał Wacław, on tez nieumiał tego wyjaśnić, i nietakt dawno o tym w radiu wspominał, ludzie komentowali to na różne sposoby, ale sprowadzał się do jednego iż wojna jest bliska, i do tej pory się to niepowturzyło słowem było to coś ciekawego, ale w naszej wsi było koło strzeleckie, ja choć trochę za młody, ale zostałem przyjęty gdyż byłem dużego wzrostu, i chciałem szybciej dorównać starszym kolegom, starzy rezerwiści śmiali się z nas powtarzali zawsze straż pożarna i strzelcy to nie wojsko na pewno mieli rację ale nie całkowitą oj jak to się później przydało w partyzantce gdzie przecież jawnie nie można się było szkolić jak na przykład musztry czy strzelania, ale zostało to przerwane gdyż naszego instruktora powołano na jakiś tam kurs wychowania fizycznego, pewnej nocy było gdzieś koniec lutego lub początek marca ktoś puka w okno, my się budzimy w mieszkaniu czerwono jakby krew była na ścianach, ale nie to się nie pali to coś innego, wybiegamy na dwór, było o godzinie pierwszej po północy na drodze jest cała wieś są jak zwykle komentarze, a widok tego był niepowtarzalny jedni twierdzą to zorza polarna, ten to inny jeszcze coś innego, tym razem głos zabrała moja matka i oświadcza iż przed pierwszą wojną światową było to samo zjawisko i zaczyna pokazywać ręką według granicy Polskiej od południa po północny wschód, a było to niezaprzeczalne gdyż to szkaradna wprost czerwień o kolorze żywej krwi rozciągała się identycznie tak jak rozciągały się granice Polski z Niemcami komentarzy starczyło na parę tygodni, do odejścia pięciu rekrutów do swoich pułków, a było to zawsze połączone z jakąś tam zabawą trochę wypitki jakieś tam Zosi szlochały po cichu, a czasami na cały głos, tak żeby matka rekruta to słyszała to nabierało najpierw mocy sąsiadów rekrutów pożegnaliśmy dziewiętnastego marca trzydziestego dziewiątego roku, zrobiło się bez nich jakby trochę pusto bo przecież trzech służyło już po roku tak zwany stary rocznik a osiem chłopa to się liczy
Mobilizacja
Był wieczur jak każdy inny chłopi już w sklepie grali w oczko stawka po pięć groszy, ja jadłem kolację żeby się wyrwać trochę na porządki, a zima była wtedy długa, był mruz na jakieś 6 stopni kobiety jeszcze przędły kądziel, do drzwi ktoś puka proszę wejść patrzę kto to, a to sołtys nawet czapki niezdejmował tylko krutki służbowy rozkaz zaprzągaj konia i pojedziesz z rezerwistami na stację i dodaje wojna, jeszcze się wrucił i mówi zbiurka wszystkich to znaczy rezerwistów i furmanów koło krzyża na miejscu letnich schadzek, a była to dwudziestego trzeciego marca tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku była to tak zwana cicha mobilizacja sołtys dostał z gminy kopertę zalokowaną i każdy z powołanych miał własną kartę mobilizacyjną stawić się natychmiast do swojej jednostki wojskowej w karcie miał wyraźnie napisane że ma dwie godziny czasu na załatwienie formalności domowych czy innych, ma ze sobą wziąć miskę lub talerz blaszane, łyżkę nóż widelec i koc lub jakąś dekę oraz żywność na czas podruży, po chwili osłupienie wychodzą na podwórko a w sklepie chałas karty złożono tam sołtys wpadł bo tam najszybciej załatwił, wtym zgiełku jakiś wesołek zaczyna śpiew na cały głos
gdy wojny czas
powoła nas
w buj pujdziemy
razem z wami,
ale śpiew się dalej urywa chłopi patrzą gdzie kto się stawić czy zgodnie z kartą mobilizacyjną jaką każdy posiadał a wszyscy jechali przeważnie na wschud gdyż rejon objęty mobilizacją przez dziewiąte dowództwo okręgu korpusowego w Brześci nad Bugiem, prawdopodobnie było objęte wtedy cichą mobilizacją trzy okręgi korpusów, na drodze niesamowity zgiełk słowa się nakładają niewiadomo co kto i do kogo mówi, przy tym rzewny płacz przchodzący w jęk, płczą matki, płaczą żony, płaczą siostry, płaczą dzieci gdyż jeszcze nie spały, mężczyźni niby na głos nie płaczą ale przy żegnaniu synów braci szwagrów zięci, miłych sąsiadów, choć jak w życiu bywało bywało różnie to gdy ten odjeżdżał na wojnę stali się drogimi sąsiadami, a z naszej wsi dostało karty powołań aż 34 rezerwistów płakać więc miał kto, ale z kim niewszyscy jeszcze widzieli że uderzenie będzie od wschodu, nauczyciel chciał płaczący tłum uspokoić, słuchajcie jakby to była prawdziwa wojna to jako oficer byłbym chiba w pierwszej kolejności powołany, to jest mobilizacja próbna, i dodaje głowne dowództwo chce sprawdzić sprawnośc systemu mobilizacyjnego i jeżeli coś nie dopisze to się ulepsza ażeby w razie czego dokładniej, a to jest tylko i tylko prubą, i co dojadą do pułku pierwsi otrzymają nagrody i za dzień może dwa będą wszyscy w domu, na małą chwilę się wszystko przyciszyło
Sierpień
Sierpień trzydziestego dziewiątego był gorący i to na wszystkich odcinkach w polityce szum, ludzie szli pod dom nauczycielki gdyż nauczyciel został już powołany niby to na ćwiczenia, ale nie wracał ludzie słuchają komunikatów i komentarzy, a były one ciekawe Gebels przemawiał do niemców, brak nam chleba mamy armaty, brak nam masła ale mamy czołgi, a minister spraw zagranicznych Józef Beck zkwitował to tak a my chleb mamy i armaty też mamy a w rolnictwie pracy było jak nigdy dotąd rok był bardzo puźny, urodzaj nadzwyczajny, przy większym urodzaju rzecz prosta więcej pracy a tu tylu rąk we wsi brak, co starsi rolnicy bardziej przezorni robią zapasy szybko coś tam omłacają jadąc do młynów robią zapasy mąki kaszy kupują sól zapałki i w tajemnicy gromadzą ale takich było niestety zamało, ostatniego sierpnia sołtys pod sklepem nakleił plakat olbrzymiego formatu biały papier z czerwonym pasem ktury przecinał swym jaskrawym kolorem z jednego narożnika na drugi ze sagi, to prezydent Rzeczpospolitej Polskiej ogłaszał powszechną mobilizację jeszcze trzech ostatnich rezerwistów spakowała miskę łyżkę i derkę i odjechało rano pierwszego września nauczycielka zakomunikowała nam że wojska przekroczyły granicę Polski tu i tam matka wysyłała mnie na pole jak co dzień dokończyć orki na żyto a pola były dalekie i rozrzucone jadę i rozmyślam że i ostatnia moja nadzieja edukacji zginęła już na zawsze gdyż naszego nauczyciela niema, bo po dojściu do łaski powrotem chciał mi dopomóc więc obiecał mi się postarać jakąś szkołę wojskową, tak jak to już po wszystkiego drugiego września zobaczyliśmy na niebie pierwsze wrogie samoloty ich głos był zgoła inny niż naszych samolotów ich jęk wydawał się jakby stękały pod ciężarem bomb, wokuł nich lawirowały osłaniające ich myśliwce, trzeciego września jedziemy na mobilizację z końmi, obok wojskowych , zawodowych co przeprowadzali pobur koni, porządek prowadziła policja wojskowa byli to rezerwiści powołani przez karty mobilizacyjne do miast powiatowych w naszym mieście była ich cała kompanja w liczbie dwieście ludzi byli ubrani w mundury wojskowe a czapki mieli policyjne granatowe, chłopi starsi wiekiem przyglądają się im i coś kręcą głowami gdyż kilku z nich było w swoich lnianej roboty spodniach co oznaczało że są braki w umundurowaniu, karabiny mieli ogromnie długie, z pierwszej wojny światowej które Francuzi dali Polskiej nowotworzącej się armji był to typ Libella bagnety mieli w okrągłych pochwach a po wyjęciu z pochwy były czterokątne, więc gdy był zatknięty na karabinie wydawał się ogromnie wielki, starsi też kręcili i na to głowami że nie tylko w umundurowaniu są braki ale i w Radomiakach krabainy polskiej produkcji typu Mauser produkowane w Radomiu nazywano Radomiakami, ale za chwilę na placu gdzie dokonywano poboru koni zjawił się wójt i zagłuszył krytykę o spodniach i karabinach z pierwszej wojny światowe chłopcy krzyknął radjo podało Prusy wschodnie nasze wojska już zajęły co za entuzjazm trudno to opisać, a tu ciągnie duża eskadra bombowców za parę minut detonacje biją nasze miasto powiatowe bombardują węzeł kolejowy i resztę bomb na miasto nie bombardują tylko koszar, wielkie straty w ludności cywilnej, jeden zamożny kupiec posłuszny szkoleniu pod swoim domem przystosował piwnicę do obrony przeciwgazowej na dwieście ludzi chcąc tym samym pomuc ludności tej ktura tego niemogła zrobić, więc podczas alarmu lotniczego piwnica zapełnił się do granic możliwości, i nieszczęśliwcy znaleźli wniej śmierć, ale nie taką jakiej się bali bo przed nią to znaczy przed śmiercią gazową byli w zupełności zabezpieczeni, umarli od bomb ciężkiego kalibru gdyż bomba ktura trafiła w sam środek domu przebiła się aż do piwnicy nikt niewyszedł żywy, wielkie przygnębienie w narodzie ale duch jeszcze nie słabnie sołtys co dzień przynosi jakąś wiadomość jakieś zarządzenie jakiś apel, na wsi już daje się odczuć ogromny brak rąk do pracy ciągle potrzebne furmanki na to, to na inne powody, sołtys zwraca się na zwołanym natychmiastowo zebraniu i oświadcza, żeby kto żyw był czujny gdyż szpiedzy są wśród nas, na mostach od dziś będą pełnione warty po puł dnia jedna osoba stawały na tych posterunkach kobiety lub nastolatki …
Jedenastego września zjawia się jeden z braci, przyjechał konno, był on w artylerii, proponują mu, żeby został w domu i poczekał. Na drugi dzień jest już siedmiu rozbitków z naszej wsi ale zeszli się wszyscy i uradzili odjeżdżać dalej na wschód. Losów wojny nikt jeszcze nie mógł przewidzieć. 13-tego od południa zrobiło się już cicho jak przed burzą. Teraz jestem zdany na słowa matki, co ona powie. Matka wróży, że jeszcze dziś albo jutro będzie bój bo tak samo było w 1915 roku. Ale nie ma naszego wojska – mówię. A czy ty wiesz ile może las pomieścić wojska? Rano się budzimy jak zwykle, ktoś krzyknął: Niemcy jadą! Ale nie z tej strony cośmy się ich spodziewali – jechali ze wschodu zamiast – jak myśmy to sobie wyobrażali – z zachodu. Jechało ich czterech na rowerach, bardzo powolutku, rozglądali się lękliwie. Tego dnia rano była mgła. Za nimi szła drużyna piechoty, potem reszta plutonu i zaczyna iść piechota. Szli w grupach bojowych, batalion piechoty i bateria artylerii i tak w tym układzie się posuwali. Ich wielkie hełmy były tak strasznie niemiłe, niemiły kolor ubrań, inne konie ciągnęły armaty niż polskie, wszystko takie niemiłe – słowem: wróg i tylko wróg. My dumamy co to jest, że oni idą ze wschodu, za godzinę się wyjaśniło- w lesie państwowym była dywizja wojska – oczywiście już poważnie wykruszona. Żołnierze nocą szli i wszystko ułożyło się do snu, tylko posterunki stojały, Niemcy podeszli ich dość blisko i zaatakowali. Było to bardzo niekorzystne dla naszych oddziałów bo Niemcy obeszli ich wkoło i zaczęli atak. Żołnierze przebudzeni strzelaniną zaczęli się bronić, niektórzy byli boso bo się rozebrali do snu, niektórzy w koszulach tylko. Bitwa trwała około trzech godzin, po krótkim czasie gonią już Polaków jako jeńców, co jakiś czas wyprowadzają dużą grupę żołnierzy – to był straszny widok, to ściskało serce patrząc na swojego żołnierza na swojej ziemi bez broni i w niewoli, to najsmutniejszy akt. Ale jedną grupę gonili blisko szosy i zatrzymali ją, za chwilę podjechały trzy samochody, był na pewno jakiś sztab. Oficerowie tez w hełmach na głowie, coś wziął się drzeć i krzyczeć do naszych. Było ze dwieście metrów od miejsca gdzieśmy stojeli i obserwowali ale nikt z nas obecnych nie rozumiał po niemiecku – kilka słów owszem, ale żeby rozumieć co mówi to nie. Coś jeszcze głośno krzyknął, tłumacz to przetłumaczył i nasi żołnierze rozpinali mundury pod szyją i wyciągnęli medale śmiertelniki. Ktoś szepcze półgłosem: Oho, będą ich pewno zabijać. Ten oficer stojał rozkraczony a nasi podchodzili do niego, on patrzył na medal i kierował jednych na prawo, drugich na lewo. Co to będzie – czekamy, co to może znaczyć. Podszedł wysoki żołnierz, kapral czy plutonowy – tego nie można było dobrze zauważyć na odległość i krzyknął na całe gardło: Jude! i siarciście go kopnął. Co to znaczy słowo ‚Jude’ jeszcze wtedy nie wiedziałem, tośmy przeboleć nie mogli jak to kopnąć polskiego podoficera, ścisk serca i bezsilność. I po przejrzeniu medali tę grupę z prawej puścili luzem, poszli we wschodnim kierunku a tę z lewej doprowadzili do szosy i pognali na zachód. Sam wsiadł ze sztabem w samochód i odjechał. Tych żołnierzy gnali koło nas, byli strasznie zmęczeni, 14 dni marszu. A kim byli ci, co poszli luzem? W następnej wsi się zatrzymali i zaczęłi ludności przycinać – byli to prawosławni zapewne Ukraińcy lub Białorusini. Aha, już żeśmy pojęli szybko co to znaczy. Po południu Niemcy idą teraz w kierunku wschodnim tak samo jak rano jechali, batalion piechoty i bateria artylerii, bateria wtedy liczyła 4 działa. Słońce świeciło tego dnia bardzo ładnie ale nie nam. Bracia szczęśliwie po jednemu powracali i żołnierze ze wsi, nie zginął żaden, pięciu dostało się do niewoli, nauczyciel dostał się do Rumunii i latał potem w RAFie i został zestrzelony nad Hamburgiem ale już jako kapitan i był w oflagu do końca wojny. Niemcy zaczynają wprowadzać swój porządek, pierwsze ogłoszenie, jakie zobaczyłem brzmiało iż kto gdzie posiada jakąś broń ma zdać do władz wojskowych czy żandarmerii. W tym samym ogłoszeniu było iż za przechowywanie karabinu maszynowego zostali zabici Gajowy Kondeoc (nie mogłam tego odczytać) i jego syn dwudziestoletni, to ogłoszenie o tej egzekucji było rozlepione na całym Podlasiu, to dało sygnał alarmujący, że co się gdzie ma trzeba przechować i to dokładnie, do lutego było jakoś pół biedy, w lutym 1940 roku rozpoczynają Niemcy przymusowy nabór robotnika do Rzeszy na roboty rolne i do fabryk i aresztowania w tym też miesiącu aresztują mego brata (Antoniego Króla? – przyp. L. D.) i został w 1941 roku zamordowany. Wprowadzają też Niemcy kontyngent, to jest zboże kartofle, żywiec, mleko, jaja, warzywa słomę, siano, owoce, niby parę groszy płacili za to, ale były to grosze symboliczne, za to dbali o jedno: trzeba dać wódki ludziom, za każdy odstawiony kwintal zboża wódka, za kartofle wódka, za żywiec wódka, cel wiadomy – pijany nie myśli a dużo mówi, mówi głupio sam nie wie co i często bardzo to o czym nie należało mówić. Zaczyna się produkcja samogonu i to na całą parę, ludzie piją, alkohol jest tani i dostępny w każdym sklepiku, w każdym siódmym (?) domu można dostać samogon. Za zarżnięcie wieprza szło się do obozu, ale gdy Niemcy znaleźli statki od pędzenia samogonu to w najgorszym wypadku przestrzelili kocioł i na tym się skończyło, za to nie aresztowali. Na wsi chłopi zaczęli siać tytoń – niemal każdy na własne potrzeby. Potrzeby zmuszają ludzi do wielu rzeczy, których nie znali albo zarzucili, Niemcy zamykają ponad połowę wiatraków, wydają karty przemiałowe, a tyle a tyle na osobę.
Ludzie wyciągają stare kamienie od żaren i mielą byle chleb.
(…)
Gdy już po kapitulacji pod Kockiem Samodzielnej Grupy Operacyjnej Polesie długi czas ciągnęły wojska na wschód, w naszym domu był dość duży pokój więc major obrał go sobie za kwaterę na nocleg ze swoim ordynansem a w stodole spali żołnierze, więc poschodzili się oficerowie z całego batalionu i grali w karty, nafty nie było, więc przynieśli świece kościelne zrabowane gdzieś w kościele. Matka mi to pokazuje a w kuchni kucharz oficerski uwijał się na całego. Przyprowadzono ośmiu żołnierzy, siedmiu obierało kartofle, jeden tarł je na tarce od kartofli i smażył blindze. Przynieśli stukilowy worek kartofli i do godziny drugiej po północy przerobili go aż dziw brał, że ten naród był aż tak żarłoczny. Kucharz dobrze rozmawiał po polsku, ale gdy go zapytałem czy on czasem nie Polak oburzył się i odrzekł ‚Nein’ i nie spotkało się, żeby się który kiedyś przyznał, że jest Ślązak czy Warmiak. Nie wiadomo czy się boleli czy rozmawiali wtedy już czysto po niemiecku, ale gdy brali mi z wozu kartofle to kucharz oznajmił: „Pan major zapłaci” a rano mówi: „Ty matka ty się ciesz, że masz dach nad głową” ale matce o ten wór kartofli nie chodziło ale tych świec kościelnych nie mogła im przebaczyć, „To rabunek – mówi mi – patrz to tak wygląda kultura niemiecka, takie jest oblicze niemieckiego oficera, czekaj synu jeszcze z pół roku albo z rok zaraz nam pozdejmują dzwony z kościołów, żelazka, moździerze, tacy byli w tamtą wojnę i tacy będą w tę”. A żołnierze latali po wsi , jajka, masło i nosili naszą machorkę czerwoną, zieloną, Grudziądzką, zapałki i sprzedawali ale był to handel wymienny za jajka i za masło. „Czy ci ludzie nigdy nie widzieli jajek czy masła” – pytają się sąsiad sąsiada a jeden stary człowiek, który był kiedyś na robotach w Niemczech: „Ja wam to wyjaśnię, celem życia Niemca jest żreć, żreć i jeszcze raz żreć dużo i dobrze, ale to jeszcze nic – dodał staruszek – ale gorsze jest to, że ty mu płacisz swoimi jajkami za swoją machorkę , to jest rabunek”. Sąsiedzi pokiwali głowami, ale co było robić, palić się chciało. Przyszedł luty roku 1941 znowuż powtarza się to samo – Rzesza wciąż potrzebuje siły roboczej, znowuż sołtysi wyznaczają, czyjaś Zosia ma wyjechać i czyjś Jasiek, ale wojnie zawsze towarzyszy handel, grabieże, złodziejstwo, kawały i piosenka, gdyż było tylko to dostępne, jako, że tego okupant nie mógł zlikwidować. Powstało wiele smutnych i dowcipkowych piosenek, które jakby pomagały i zdaje mi się z całą pewnością, że ileś tam zawsze pomagały. Tu chciałem Czytelnikowi a zwłaszcza temu młodemu jedną piosenkę skomponowaną zespołowo o młodzieży, która musiała jechać do pracy dla wroga:
Przyszedł luty
Miesiąc smutku
Każdy marzy lecz
Bez skutku
Ludzie mówią, pogadują,
Że już do Prus zapisują
Sołtys nam
We drzwiach winszuje
Że on do Prus zapisuje
Ej sołtysie
Się zlitujcie
Mojej córki
Nie wpisujcie
Ej sołtysie
Się zlituj
Mego syna
Nie zapisuj
Sołtys siada
Piórem rusza
A już w domu
Płacz się zrusza
Za dni kilka
Karty mają
I na stację odjeżdżają
A na stacji każden wzdycha
Aż się na nim skóra zsycha
Do baraku ich zagnali
I na słomie spać kazali
Lecz nikt nie śpi tylko myśli
Pocośmy tutaj przyszli
Pociąg pędzi jak szalony
Żegnaj młodzież
Swoje strony

Mobilizacja
Na drugi dzień rano sołtys nakazuje jechać z końmi na mobilizację koni i wozów ale kto miał gorszy wóz a zwał ich sołtys wszystkich we wsi, ale do kogo przyszedł nakazywać zarządzał książeczki od konia i mówił czy ma jechać czy nie gdyż były wtedy ksiązki na każdego konia tak jak nasze dowody obecne z tym że trochę większe i koń miał w nich wszystkie dane o sobie, miał również kategorję była jedna duża litera o trzech centymetrach wysokości w czerwonym kolorze konie podlegały mobilizacji od lat czterech do szesnastu, konie miały kilka grup, kawaleryjskie miały litery W1 i W2 taborowe literę T, artyleria lekka A.L., artyleria ciężka A.C. niezdatne do wojska literę N, te nie podlegały mobilizacji, ale nasz sołtys nakazywał jechać tylko z grupą kawaleryjską i taborową takie otrzymał polecenie z gminy, ja miałem konia z grupą taborową więc jadę, mam okazję zobaczyć koszaryw środku gdyż tam był pobur koni wybierać mieli w czym ale czynnej służby żołnierzy można policzyć na palcach, tu cały plac roji się tylko od nowo umundurowanych rezerwistów ale jakieś takie inne t wojsko niż ci co przyjeżdżali na urlop na furażerkach zamiast białego orła z metalu mieli jakieś orzełki nalepiane czy jakby chaftowane inne mundury, tak to były inne mundury to było umundurowanie (?) przyglądam się tym świeżo ubranym w mundury rezerwistom i przypomina mi się to co mówił Jan że co dziesiąty żołnież to żyd nosili oni wówczas w większości brody i jeszcze niezdążyli się pogolić przypominały mi się jego słowa jakie to byłoby osłabienie , zobaczyłem tez wtedy kilku staroobrzędowców oni też nosili patrjalchalne brody, ale wszystkiego ciekaw zaglądałem tu i tam otuż w jednym zakamarku wybijali medale aluminiowe zwane przez rzołnieży śmiertelnikami były to dużych rozmiarów okazy jajowatego kształtu z dwoma długimi dziurami, ktury to medal dawał się przełamać, było na nim wybite imię, nazwisko rok urodzenia i wyznanie drukowane do jakiego kościoła należał dany żołnierz i były dziurki dwie lub trzy w

 

jednej połowie medala, był on dokumentem w razie zabicia żołnierza medal się przełamywało tę połówkę co była przy sznureczku na szyji wsadzało się zabitemu w zęby a drugą się odłamywało i przybijało do krzyża więc nawet po długich latach można było ekshumować i wiedzieli kogo się ekshumuje, wreszcie pada rozkaz dowódcy garnizonu że rolnicy mogą już wyjeżdżać do domu, o ile poszło z naszej wsi Tylku rezerwistów tak konie miały (?) szczęście, niewzięci ani jednego, ale w dniu mobilizacji oficer oświadczył iż otrzymuję kwit jakby rekwizycyjny i trzeba go pilnowaći przetrzymywać, jeśli koń nie zginie na wojnie to go rolnikowi zwrucą a jak będzie zabity to emest (?) zapłaci, ale po kilku dniach wypłacili ludzie komentowali że to Rosja upomniała się o swoją mniejszość narodową, to jest ukraińców i białorusinów gdyż na terenach gdzie były mobilizowane konie im dalej na wschud tym było więcej mniejszości narodowych

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.