Strona poświęcona Ziemi Łukowskiej

Henryk Sienkiewicz o Łukowie

Henryk Sienkiewicz syn Ziemi Łukowskiej był nie tylko znanym powieściopisarzem ale i publicystą. W jednym z numerów Gazety Polskiej z 1875 w swoim felietonie Chwila obecna wspomina Łuków a w kolejnym prowadzi polemikę z odpowiedzią jak pisze „Rycerza z Łukowa”chwila-obecna-4-1chwila-obecna-4-1-vert

IV.
Bal w Ratuszu. — Kontramarkarnia. — Złośliwość losu. — Wypadek w Łukowie. — Dziwy. — Konkurs krakowski. — Rodzina Pempuchonów. — Impresaryo z Krakowa. — Przytulisko i żywe obrazy. — Portrety w Musze. — Piąta maskarada.

 Od czegóż zacząć, jeżeli nie od ostatniego balu w ratuszu? Odbył się i udał w całem znaczeniu tego wyrazu. Było wszystko: świetne towarzystwo, świetne ubiory, piękne kobiety, światła, muzyka, upał, ścisk, a nakoniec koła tańczące tak zaciskane mnóstwem widzów, że kadryl odbywał się na szerokości dwóch kroków, a kontredansowe balanse były prostem przestępowaniem z nogi na nogę, jakby z powodu bólu odcisków.
Na dole bawiono się, robiono «kurę» damom, rozmawiano po francusku, tańczono, gnieciono, obrywano, wachlowano, szeptano miłe słówka, a odbierano milsze jeszcze uśmiechy. Strojne damy w obłokach gazy, tiulu, koronek i atłasu, iskrzące brylantami, zarumienione, z falującą piersią i jasnemi oczyma, obok zbite szeregi młodzieży; nad tem wszystkiem potoki światła; gorąca atmosfera balowa, ruch, gwar, a wreszcie wśród gwaru i nad gwarem pół smętne, pół poetyczne tony walca — oto i bal piątkowy.
Ale to wszystko działo się na dole. Na dole bawiono się — na górze pocono się i obmawiano. Tualety dam! Cóż to za niewyczerpana kopalnia rozmów, uwag i złośliwych krytyk. Toż to będą się schodziły dobre znajome i udzielały sobie wzajemnie spostrzeżeń? A ileż to wywiąże się z tego powodu sprzeczek? Czy pani M. lub S. miała podpięcia z kwiatów czy z koronek? a jak pani X. była wygorsowana — czy zanadto, czy nie? — i co mianowicie jest zanadto, a co w samą miarę? jakie szarfy zdobiły suknię pani Z. — lila czy niebieskie? Otóż lila! Otóż niebieskie! Ależ mylisz się, duszko. Ależ pozwól, kochanie. Mężu, powiedzże sam! Aniołku, powiedz i ty! Że też ten mężyczek nigdy nic nie wie! Że też ten aniołek zawsze o czem innem myśli! — i t. p. Podczas balu, na galeryi widzieliśmy młodą panienkę, zapisującą w podręcznym katalożku, jak która z pań była ubrana. Do tej więc osóbki, a raczej do jej katalożka, jako do dzieła źródłowego, odsyłamy nasze czytelniczki.
Piątkowy bal miał jednak i swoją stronę odwrotną. Tą stroną odwrotną była kontramarkarnia. Widocznie wesołość, panująca w sali głównej, udzieliła się pod postacią niedobitków z butelek mężom pilnującym rzeczy w przedsionkach. Lica tych dostojników pokryły się rumieńcem, rozjaśniły się ich wejrzenia, rozwiązały się języki, a niestety rozwiązały się i rzeczy, których mieli pilnować. W sali głównej brzmiała muzyka, a w kontramarkarni poczęły się śpiewki. Wiadomo, że kiedy człowiek jest w dobrym humorze, to mu się czasem i chce zaśpiewać. Zresztą, że tam sobie ktoś mruknie przez zęby: «Wiwat kawalerski stan», albo: «Sułtanem być to jest los», to znowu nic złego. Gorzej już, gdy na pytanie: — Gdzie moje futro? — odbiera się odpowiedź: — Niech mi pan głowy nie zawraca! — A podobno trafiało się i tak. Zresztą przy wyjściu był prawdziwy zamęt. Moje futro! a mój paltot! a moje kalosze; a laska! a parasol! Takie coraz rozpaczliwsze okrzyki wydzierały się z piersi wychodzących. Jeden nic nie dostał, drugiemu ofiarowano zamiast paltota salopę damską. Innemu dostał się w podziale jeden tylko kalosz, a gdy nieszczęsny dopominał się o drugi, odebrał odpowiedź: Czy ja panu stworzę kalosz? Istotnie! Stworzyć kalosz niełatwo, zwłaszcza po pijanemu; ale w jednym kaloszu chodzić, zwłaszcza po trzeźwemu, nie uchodzi. Byli jednak i tacy szczęśliwi, którym ad libitum podawano po dziesięć futer, ale takich było niewielu. Wogóle wszczął się płacz i zgrzytanie zębów. Ojcowie córkom, mężowie żonom, narzeczeni oblubienicom nie mogli dostać ani futer, ani okryć, ani szalów, ani żadnej rzeczy, która ich była, przynosząc za to z łatwością bardzo wiele rzeczy, które nie ich były. Damy nie chciały owych rzeczy przyjmować; stąd nieukontentowanie, stąd suche uwagi, że są czasem między mężczyznami istoty tak niezaradne, że nawet, kiedy idzie o rzeczy — nie można na nie rachować; stąd rozpaczliwe usiłowania, stąd powiększenie zamętu, stąd hałaśliwe zajścia, stąd dygotanie od zimna, i — utinam sim falsus vates! stąd gorączki, bóle gardła etc. etc. etc.
Los okazał się, jak zwykle, dziwnie złośliwym. Widziano mężczyzn przypominających wzrostem grenadyerów pruskich, wracających do domu w paltocikach, przypominających długością kurtki myśliwskie. Wiatr szarpał na ulicy zwieszone smutnie i niczem nie nakryte, a widoczne z pod krótkich kaftaników, poły ich fraków; o jakże szarpał je, jak kręcił niemi, jak rozdzierał je i łączył lub podnosił niby żagle, dmąc w nie swobodnie! Przyczyniało się to może do szybszego powrotu do domu; ale co było chłodno, to chłodno. Małych oczywiście tenże sam złośliwy los obdarzył paltotami, które im miejsce szlafroków zastąpićby mogły, a że było ślizko — łatwo więc wystawić sobie, że takie asyryjskie szaty, przydeptujące się za każdym krokiem, nie przyczyniły się wcale do silniejszego trzymania się na nogach. Ale powoli gmach ratuszowy począł opróżniać się coraz bardziej; coraz mniejsza liczba nieszczęśliwych poszukiwała swoich ubrań, aż wreszcie ucichło wszystko, światła pogasły, ciemność otuliła gmach cały, i na pobojowisku pozostało kilka tylko podobno mundurów z wojska, kaloszy i jakich kilka futerek, których właściciele się nie znaleźli.
Właściwie mówiąc, czy właściciele się nie znaleźli, czy właściciele ich — to jest tych rzeczy nie znaleźli, to kwestya, ale już mniejsza o to. Po każdym balu pozostają takie niewytłumaczone pozostałości. Zresztą od czasu jak w jednem znakomitem mieście naszego kraju, mianowicie w Łukowie (proszę się nie śmiać), po walnym balu, danym przez… nie pamiętam kogo, na korzyść nie pamiętam czyją, lokaj zamiatający na drugi dzień salę balową, znalazł zgubiony — frak, wyraźnie: frak! — od tej, powiadam pamiętnej chwili, nie warto się dziwić nikomu. Zgubić krawat — no! takie rzeczy zdarzają się, równie jak np. zdarzyło się jednemu z młodzieży z pod Zakroczymia, że na balu w Warszawie zjadł fiksatuar leżący u pani domu na gotowalni, sądząc, że zjada czekoladę. Zgubić rękawiczki — to trafia się jeszcze częściej, ale zgubić frak i wyjść niepostrzeżonym, i nie zwrócić niczyjej uwagi, to rzecz, która w rocznikach balowych trafiła się zapewne raz jeden i ostatni.
Co do mnie, wolałem nie łamać sobie głowy i nie dociekać, w jaki się to sposób zdarzyć mogło; jest bowiem wiele tajemnic niedocieczonych na świecie. Gdyby wam kto np. powiedział, czytelnicy, że Gedymin za dni swoich zrobił majątek na cukrowniach, zapewne ze stanowiska historycznego trudnoby wam było w to uwierzyć; a jednak jest podobno jeden dramat, między nadesłanymi na konkurs do Krakowa, gdzie napisano to czarno na białem.
(…)
Gazeta Polska, 1875, Nr. 24 z dnia 1 lutego.

chwila-obecna-6-1

chwila-obecna-6-1-vert

VI.
Mandaryni, cygara i papierosy. — Logika krain podziemnych. — Moja obrona i reżyserya. — Przedstawienia w teatrze Dobroczynności. — Psia opera. — Żydzi. — Bruki żelazne. — Nasze osobliwości. — Dwie kategorye służących. — Jeszcze historya zgubionego fraka. — Rycerz z Łukowa. — Córka pani Angôt.

(…)
Uf! tyle pochwał wypowiedziałem o Warszawie, że obawiam się, czym nie obraził którego z miast prowincyonalnych, jak mi się to zdarzyło w przedostatnim felietonie, w którym poruszyłem historyę fraka, zgubionego na jednym z balów, wydanych w Łukowie. Łuków zawrzał gniewem i postanowił dać mi uczuć swoje oburzenie, delegując jednego ze swych najwaleczniejszych rycerzy do skarcenia mnie, jak na to zasługuję. Owo więc pierwszy cios, jaki mię dosięgnął, ma postać listu, który leży w tej chwili przede mną, i którego błędy językowe poprawiłem najstaranniej czerwonym ołówkiem. — Cóż to? myślicie sobie, czytelnicy, że Łuków można lekceważyć? Jeżeli tak myślicie, to posłuchajcie tylko, kto jest rycerz, który się za Łukowem ujmuje. Oto naprzód wymienia dawne swe czyny i zasługi. Jeszcze w 72 roku pisał do naszego pisma korespondencyę. (Uważacie!). Ale nie rozumie, dlaczego korespondencya ta została obcięta. (Przypuszczenie, że powodem obcięcia były poprawki językowe, byłoby zuchwalstwem). Ale niewiele on sobie z tego robi, bo nie lubi się chwalić. Tu idzie o frak.
— W którym roku zginął frak w Łukowie? — mówi, przyciskając mnie do muru. — Odpowiadam: Nie wiem. — Ha! rozmówmy się więc sylogizmem. — Albo (mówi rycerz z Łukowa) zginął frak w roku bieżącym, albo nie w bieżącym. (Cóż mogę na to odpowiedzieć?). — W bieżącym (mówi rycerz z Łukowa) frak nie zginął, więc wieść jest przestarzała, i ogólna niespokojność, jaką doniesienie o tym fakcie wywołało, jest fałszywym, a co najmniej spóźnionym alarmem. Znaleziono wprawdzie po balu frak w sali, ale nie w sali ogólnej, bo «sala łukowska do zabaw (styl majestatyczny) nie jest Salą Murzynów (cóż to my sobie myślimy!), bo ma prócz pokojów damskich, trzy męskie». (To nie tak, jak u nas w Warszawie). «W jednym więc z takich pokojów pewien obywatel włożył żakiet i pojechał was (nas) przywitać, a zostawił frak».
Tak się kończy najbardziej dla mnie zabójczy ustęp listu, traktującego o historyi zaginionego fraka w Łukowie. Cóż mam teraz czynić? Oto, zważywszy, że rozpuszczona przeze mnie lekkomyślnie pogłoska o zgubionym fraku w Łukowie, mogłaby niekorzystnie oddziałać na tutejszą giełdę, sprowadzić nawet popłoch, a przez to dotknąć pośrednio wszystkich innych targów europejskich, — dalej, zważywszy na ogromną wagę poruszonej lekkomyślnie przeze mnie kwestyi i słuszne oburzenie Łukowa, oświadczam publicznie, że rzecz z frakiem miała się tak, jak to chce mieć mój przeciwnik. Że przytem «pewien obywatel zdjął frak, a włożył żakiet i pojechał nas przywitać» — jest to wieść ze wszechmiar dla nas radosna, za którą rycerzowi z Łukowa składam w imieniu mojem i czytelników publiczne dzięki. W dowód zaś uznania, oznaczam konkurs na zrozumienie pewnego ustępu jego listu. Ustęp ten brzmi jak następuje:
«Drobiazg Łukowski osądził także przy swym prowincyonalnym rozumie, że pisma warszawskie, przytaczając zgubione na swych (pism?) balach dwa damskie fartuszki, chciały mieć complices facti w zgubionym fraku, że są niesprawiedliwe i faryzeuszowskie, nie bawiąc się jak kot z myszą, w swoim niedawnym czasie, faktem dobrowolnego wykradzenia jednej z panien».
Ktoby z czytelników zgodził się odnaleźć zaginiony sens słów powyższych i z tego herkulesowego zdania potrafił się szczęśliwie wywiązać, otrzyma oryginał listu, z którego wyjątek przytoczyłem. Wyjątek ten przypomina ów sławny wiersz z «Pięknej Heleny»: «Gdy łańcuchy, świetne zbroje» i coś tam dalej jeszcze: «Muchy…, Troję…» czy coś podobnego.
A propos pięknej Heleny: niezadługo już podobno i bardzo nawet niezadługo, ujrzymy «Córkę pani Angôt». Pan Chodźko czyli: «obcy przybysz», jak go, nader niedorzecznie nazywa jedno z pisemek tutejszych, dokłada wszelkich usiłowań, ażeby przedstawienie przyśpieszyć i raz wreszcie przekonać swoich najserdeczniejszych, że owej pensyi, którą mu tak owe pisemko wymawia, nie bierze za darmo.
Mówiąc nawiasem, na przedstawieniu «Córki pani Angôt» będziesz się wcale dobrze bawił, czytelniku. Wśród powodzi poważnych prelekcyi, jakiemi zawsze post nas karmi, będzie to niby wesoły uśmiech słoneczny. Prelekcye… koncerty… i post. Ach, ten post!! Do widzenia na «Córce Angôt» czytelniku! (…)

Gazeta Polska, 1875, Nr. 35 z dnia 15 lutego. VII.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.